U wejścia do Zatoki Adeńskiej stoi na pokładzie i obserwuje je przez lornetkę - czarne punkciki skaczą na wodzie. Przypominają stado delfinów. Jest wpół do siódmej rano. Piotr Makała, dowódca ochrony statku, akurat zaczyna wartę. Dziwi się, że zwierzęta zbliżają się z tak dużą prędkością.

Kilka sekund później "stado delfinów" przemienia się w osiem skiffów (motorówek) z 80 piratami na pokładach. Są uzbrojeni w karabiny maszynowe i granatniki RPG. Makała wydaje polecenia: sygnały świetlne, potem syreny, ochroniarze z karabinami ustawiają się na mostku. Strzały ostrzegawcze padają, gdy piraci są 300 m od statku. Kolejne sieką wodę tuż obok ich skiffów. Dopiero wtedy piraci odpływają.

Tysiąc kilometrów od Somalii

Współczesne piractwo narodziło się dwie dekady temu i nasiliło w kilku ostatnich latach.

W 2008 r. somalijscy piraci porwali liberyjski statek pod dowództwem Polaka kapitana Marka Niskiego. Nigdy dotąd nie porwano statku tak dużego ("Sirius Star" to jeden z największych tankowców, ma 330 m długości, przewoził 2 mln baryłek ropy naftowej wartości 100 mln dol.), nie dokonywano też napadów tak daleko od lądu (450 mil morskich, czyli ponad 800 km od wybrzeży Kenii). Marynarze odzyskali wolność po trzech miesiącach i zapłaceniu 3 mln dol. okupu.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej