Pierwsze numery w swoim telefonie Oksana zapisuje tak: Marina Truskawka, Krzysztof Truskawka, Sonia Truskawka.

Sonia robi tak samo, tyle że numer Mariny ze złości już skasowała.

Marina telefonu w ogóle nie używa, bo siedzi w więzieniu. Ale o tych truskawkach myśli nieustannie.

Słodkie i świeże. Czasami dodatkowy napis przekonuje, że "z własnej plantacji". Dobra cena. Warszawiak wychodzi z metra Wilanowska, wybiera łubiankę i pędzi dalej do domu, do swoich. Albo po zakupach w Sadyba Best Mall skusi się na kilogram, dwa. Albo po spacerze wokół Pałacu w Wilanowie.

Tyle że jednym ludziom truskawki życie umilają, a innych trują. Bo za truskawkami stoi człowiek.

Teraz, w marcu, handluje tulipanami, z powodu których niejeden będzie płakać.

Co ze mnie za matka

Wiosna 2013 r. Sonia i Oksana niezależnie od siebie zatrzymują się przy dużym stoisku rozłożonym między wyjściem z metra a pętlą autobusową. Wtedy jeszcze w ich biografiach trudno doszukać się podobieństw.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej