Pierwsze zaczęło znikać Barreiro. Zaraz po rewolucji goździków (1974), kiedy tysiące ludzi traciło pracę w upadających fabrykach koncernu CUF. Znikało powoli, ale nieodwracalnie, bo kiedy inni całymi garściami brali z Unii Europejskiej, Barreiro tego nie potrafiło.

Reszty zniszczenia - przekonują mnie mieszkańcy - dokonały niedawno markety Pingo Doce koncernu Jerónimo Martins (właściciela polskich Biedronek) i inne centra handlowe. Jak zaczął się kryzys, to poszło jak w dominie: sklepy i lokale gastronomiczne padały jeden po drugim.

Najpierw zamknęli pensjonat i kawiarnię Barreiro, błękitny pałacyk, podobno jedyny taki w całej Portugalii. Miasto odkupiło budynek, zaczęło nawet go remontować, ale zabrakło pieniędzy, więc drzwi i okna zabito dechami.

Potem upadła najstarsza w mieście apteka Pimenta z 1845 roku. Następnie bar Vinicola do Barreiro, który ściągał fanów heavy metalu. Potem lokale wokół Largo dos Penicheiros: tawerna, cukiernia, sklep rzeźniczy i papierniczy, księgarnia na rogu...
Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej