Pierwsze zaczęło znikać Barreiro. Zaraz po rewolucji goździków (1974), kiedy tysiące ludzi traciło pracę w upadających fabrykach koncernu CUF. Znikało powoli, ale nieodwracalnie, bo kiedy inni całymi garściami brali z Unii Europejskiej, Barreiro tego nie potrafiło.

Reszty zniszczenia - przekonują mnie mieszkańcy - dokonały niedawno markety Pingo Doce koncernu Jerónimo Martins (właściciela polskich Biedronek) i inne centra handlowe. Jak zaczął się kryzys, to poszło jak w dominie: sklepy i lokale gastronomiczne padały jeden po drugim.

Najpierw zamknęli pensjonat i kawiarnię Barreiro, błękitny pałacyk, podobno jedyny taki w całej Portugalii. Miasto odkupiło budynek, zaczęło nawet go remontować, ale zabrakło pieniędzy, więc drzwi i okna zabito dechami.

Potem upadła najstarsza w mieście apteka Pimenta z 1845 roku. Następnie bar Vinicola do Barreiro, który ściągał fanów heavy metalu. Potem lokale wokół Largo dos Penicheiros: tawerna, cukiernia, sklep rzeźniczy i papierniczy, księgarnia na rogu...

Domy na sprzedaż, których nikt nie zamierza kupić, umierają zwrócone frontami do Tagu. Daleko, na drugim brzegu rzeki, widać Lizbonę. Po lewej: Chrystusa w Almadzie, wybudowanego na wzór tego z Rio de Janeiro. Nikt już nie spaceruje promenadą wysadzaną palmami. Nawet śmieci na brzegu rzeki wyblakły, jakby rzucono je tu dawno temu.

Barreiro było miejscem strategicznym dla portugalskich odkryć przełomu XV i XVI wieku. Konstruowano tu karawele. Bywał tu Vasco da Gama.

W centrum Barreiro nie ma dzisiaj nawet bankomatu. Są domy, z których odpadają kafelki azulejos, i uliczki pamiętające portugalskich odkrywców, po których snują się smętni staruszkowie i bezrobotni emigranci z dawnych kolonii.

Kryzys gospodarczy w Portugalii uderza w rodzinę


Wypytuję o Guilherme Ferreirę, miejskiego fotografa, który spędził tu całe życie. Siedzi, jak zwykle, na placyku Penicheiros, na zielonym plastikowym krześle, i sączy piwo. - Dawniej przeprowadzali się tu ludzie z Lizbony, z Alentejo, teraz młodzi uciekają do dużych miast albo za granicę, bo w Portugalii nie ma dla nich pracy. Młodzi wyjeżdżają na studia i mówią, że nigdy tu nie wrócą. Starzy nie mają sił remontować - oprowadza mnie wśród zrujnowanych domów. Drzwi zamurowane, okna zabite dechami.

- Barreiro było imperium, jest ruiną - wkurza się 70-letni Vitor, stoczniowiec na emeryturze. - Zostały tylko narkotyki, prostytucja. Kiedyś tymi uliczkami spacerowały tłumy, a niedawno jacyś czarni napadli mnie w biały dzień.

- Pieniądze z Unii Europejskiej nigdy tu nie dotarły. Zdefraudowano je po drodze - mówią miejscowi. Od lat siedmiu na dziesięciu z nich głosuje na komunistów. Na Barreiro nikt jednak nie zwraca uwagi, gdy kraj pogrążony jest jeszcze w finansowanej przez Unię Europejską fieście.

Minister ds. europejskich Portugalii: Kryzys był dla Portugalczyków bolesnym przebudzeniem [ROZMOWA]


Kiedy Barreiro zaczęło znikać, pewien 22-letni Portugalczyk o nazwisku Patricio Moniz po raz pierwszy w życiu zamieszkał w Portugalii.

Patricio Moniz, urodziny

Jest rok 1948. Jego dziadek Manuel, mieszkaniec Vila Nova do Ceira, jedzie do Angoli, zamorskiego terytorium Portugalii w Afryce. Zwabia go kontrakt w brytyjskiej korporacji przy obsłudze Caminho de Ferro de Benguela, linii kolejowej z wybrzeża Oceanu Atlantyckiego aż do granicy z Kongiem. Wiedzie mu się coraz lepiej, więc po kilku latach, w 1952 roku, sprowadza całą rodzinę. Przyjeżdża jego żona, trzech synów, a także jedyna córka - Maria Rosario ma dwadzieścia kilka lat i właśnie wyszła za mąż. Wraz z Claudiem Monizem, pracownikiem straży pożarnej w Lizbonie, spodziewają się dziecka. Patricio na świat przychodzi 25 lipca 1952 roku w Nowej Lizbonie, jednym z największych miast Angoli, które dzisiaj nazywa się Huambo.

W tym czasie w Portugalii António de Oliveira Salazar (który po śmierci Hitlera ogłosił żałobę narodową) buduje Estado Novo, Nowe Państwo, polegające w głównej mierze na zastraszaniu i likwidowaniu inaczej myślących oraz fałszowaniu wyborów. Portugalczycy coraz chętniej wyjeżdżają za granicę. Niedługo rozpocznie się masowa emigracja do Francji i Niemiec.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej