Uwierzyć swojemu szczęściu nie umiem, że ominęła mnie powszechna w moich nastoletnich czasach stachuromania, zgubna epidemia bałwochwalstwa, która przetoczyła się przez całą Polskę, intensywnie doświadczając młodzież licealną oraz studencką i czyniąc w jej umysłach straszliwe spustoszenia emocjonalne. Pewne wyjaśnienie w tym znajduję, że do furiackich napadów doprowadzała mnie wszelka produkcja zwana poezją śpiewaną, owe rozpaczliwie brzdąkania na gitarach akustycznych i zawodzenia wzmożonych swą wrażliwością chłopców, którzy na legendarnego "Steda" się stylizowali. Mocnym elementem odstraszającym była także obecność w mojej klasie kilku kolegów, którzy nosili się nieco po harcersku, a nieco po trapersku, dźwigali sprane chlebaki, jeden z nich - ku rechotliwej uciesze rozsądnych współuczniów - kazał się nazywać "Stedem"; słuch po nim wszelki zaginął.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej