Mianowano cię królową polskiego kryminału. Dziesięć lat temu miałaś jednak inne życie. Wszystko zmieniło się, kiedy przeżyłaś wypadek samochodowy.

- Potrąciłam i zabiłam człowieka. Przez 12 lat jeździłam w trasy na różne reportaże i nigdy nic się nie stało. Wtedy jednak byłam przemęczona, zrozpaczona. Zamiast przejść żałobę po śmierci ojca, od razu wróciłam do pracy w redakcji, wydawało mi się, że to najlepszy sposób. Wypadek zdarzył się 11 dni po jego odejściu. Z Warszawy wyjechałam wczesnym rankiem, spieszyłam się do Tarnowa na materiał o stresie pourazowym u strażników służby więziennej. Jechałam za szybko, to prawda. Nigdy jednak nie jeździłam nieuważnie. Moja zdolność do koncentracji musiała jednak zostać nadszarpnięta przez stres. Nie zdążyłam wyhamować.

Pamiętam tylko buty tego człowieka. Spadły mu ze stóp. Urodził się tego samego dnia co ja. Tylko że ja miałam 28 lat, a on 80. Czułam się, jakbym zabiła samą siebie. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Nie wiedziałam, jak mam dalej żyć. Dostałam wyrok w zawieszeniu.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej