Na Litwie nigdy nie było takich korków jak 25 lat temu. 23 sierpnia na drodze Wilno - Ryga - Tallinn stanęło 2,5 miliona Litwinów, Łotyszy i Estończyków. Równo o godzinie 19 chwycili się za ręce, by pokazać, że mają już dość. Akcja ta przeszła do historii (i Księgi rekordów Guinnessa) jako Łańcuch lub Szlak Bałtycki. Do dziś niektórzy powtarzają całkiem serio, że z ust do ust Litwin Łotyszowi, a Łotysz Estończykowi przekazywali słowo "wolność" (ale nie wiadomo, w jakim języku). Biorąc jednak pod uwagę, że trzymali się za ręce tylko przez 15 minut, jest to mało prawdopodobne. Podobnie jak groźba, że KGB w Wilnie puści przez łańcuch prąd i zabije znajdujących się na jego końcu Estończyków.

Z radioodbiorników na dachach samochodów płynęła pieśń: "Budzą się kraje bałtyckie: Litwa, Łotwa, Estonia. Trzy siostry powstają, by walczyć o swój honor". I kiedy tak dzieci, młodzież, dorośli i starzy śpiewali, ściskając swe dłonie i flagi litewskie, nad głowami pojawił się samolot. Kukuruźnik leciał kilka metrów nad ziemią z szybkością 180 km na godz. Pilot starał się lecieć jak najbliżej ludzi, bo chciał widzieć twarze, kiedy zrzuci swój ładunek. Najmniejsza wysokość i najmniejsza prędkość, żeby być jak najbardziej celnym. Ludzie ze zdziwieniem zadarli głowy. Wtedy wysypały się kwiaty.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej