Panipat, 90 km na północ od New Delhi. Największy indyjski ośrodek produkcji tkanin i dywanów. Co miesiąc trafia tu 20 kontenerów, rocznie 5000 ton używanych ciuchów. Z Polski.

Był koniec lat 90. To wtedy Leszek Wojteczek usłyszał, że w Indiach jest zbyt na swetry. Zniszczone. W Warszawie w jednym z akademików znalazł studenta - Hindusa. Kilka dni później siedzieli razem w samolocie do Indii. Przy jego pomocy trafił do zagłębia, gdzie ze starych ubrań produkowano nowe rzeczy. I dobił targu.

Dziś Indie to jeden z wielu kierunków, gdzie Wojteczek eksportuje używaną odzież. Na długiej liście są Rosja, Niemcy, Dubaj, Irak czy państwa afrykańskie. W ubraniach z Polski chodzą mieszkańcy Tanzanii, Kenii, Ghany, Beninu, Nigru, Wybrzeża Kości Słoniowej, Gabonu, Mozambiku, Ugandy, Malawi, Burkina Faso, Dżibuti. Do Pakistanu trafia to, czego nie udaje się sprzedać gdzie indziej. Trzeci sort. Nawet buty nie do pary.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej