Przyglądałem się jakiś czas temu sytuacji, w której pewien polski drobny biznesmen miał do załatwienia formalną sprawę w Niemczech. Drobiazg, ale wymagał prawnika z uprawnieniami.

Zadzwonił do pierwszego z brzegu i usłyszał cenę "500 euro". Polskim zwyczajem uznał to za punkt wyjściowy do negocjacji i zaczął pytać, czy nie dałoby się taniej. W końcu chodziło tylko o przystawienie pieczątki do dokumentów, które przyjechałyby kurierem z Polski.

Niemiec był niewzruszony. U niego to tyle kosztuje i nie ma żadnych wyjątków. "Ale ja w takim razie pójdę do konkurencji!" - wypalił polski biznesmen. "Bitte sehr" - odpowiedział Niemiec i rozłączył się.

Polski biznesmen istotnie zadzwonił do innego prawnika. A potem do następnego i do następnego. I wszędzie słyszał to samo - "500 euro, żadnych wyjątków". W końcu zapłacił, bo nie miał wyjścia.

Biznesmen ów opowiadał mi tę anegdotę tonem polskiego polityka oburzonego, że w Lufthansie nie pozwolili mu powiesić płaszcza w klasie biznes - "jacy ci Niemcy nieuprzejmi!". Wiele razy miał podobne rozmowy z polskimi prawnikami i ci zawsze dawali rabat tylko po to, żeby nie stracić klienta.
Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej