Na pierwszy rzut oka to historia trudna, mimo że jakoś pospolita, a nade wszystko dołująca; historia z tej Polski kostropatej, z pryszczami na twarzy. Oglądamy blokowisko i mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, a wiemy przecież z wielu relacji, że blokowisko nie pozwala, by rozwinąć skrzydła, i zawsze można powiedzieć: "To wszystko wina tego miejsca, gdybym urodziła się gdzie indziej, w innej skórze, innym czasie i okolicznościach". Tak więc patrzymy na bloki jak bloki, na przestrzeń między nimi jak na przestrzeń w sercu betonowego wygwizdowa, zaś w mieszkaniu (mieszkanku), które oglądamy, ścisk, ciasnota, nie ma gdzie wyprostować grzbietu, nie mówiąc już o kącie, gdzie człowieka nachodzą, gdy naprawdę szuka samotności i spokoju, intymne myśli. Przynajmniej tak nam się wydaje.

Polacy wielką płytę tylko ocieplają i malują. I to ohydnie. Ale nadchodzą zmiany

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej