Czerwiec 2013. Noc w dolinie Diamir u stóp Nanga Parbat. Jeszcze dwa dni wcześniej było tu kilkudziesięciu wspinaczy. Czekali, aż parszywa pogoda minie. Gdy chmury uciekły, wyszli do wyższych obozów. W bazie zostali chorzy i osłabieni. Kilkunastu przebranych w mundury policji mężczyzn podeszło do namiotów przed północą. Przeładowali kałasznikowy i zaczęli rzeź. Zabili dziesięciu wspinaczy i kucharza. Terroryzm wkroczył w Himalaje.

Szczegóły masakry pod Nanga Parbat




Dziś w dolinie Diamir nie ma nikogo. Pod koniec stycznia ma tam zawitać Włoch Daniele Nardi, który niezdobyty zimą ośmiotysięcznik spróbuje zaatakować żebrem Mummery'ego.

Po drugiej stronie góry, na drodze Schella, od 21 grudnia działają: Marek Klonowski (kierownik), Tomasz Mackiewicz, Jacek Teler, Paweł Dunaj, Michał Obrycki i Michał Dzikowski. Początkowo towarzyszyli im pakistańscy policjanci, ale nie wytrzymali zimna i wrócili do wioski.

W ostatnich dniach roku w to samo miejsce dotarli Simone Moro, David Göttler i Emilio Previtali. Będą wspinać się tą drogą co Polacy, a motorem wyprawy jest 46-letni Moro.

Moro ratuje Moore'a

Rok 2001, środek majowej nocy, 500 metrów pod Lhotse (8516 metrów). Włoch Simone Moro i Kazach Denis Urubko przysypiają w oszronionych śpiworach. Za kilka godzin zaatakują wierzchołek. Krzyk przerywa ich letarg. Wygrzebują się z namiotu. W świetle czołówek ktoś tłumaczy zaspanym himalaistom, że kolega odpadł od ściany, zsunął się, ale żyje. Słuchających przybywa, ale nikt nie spieszy się, by ruszyć na ratunek.

Brytyjczyk tkwi w ścianie gdzieś nad nimi. Trzeba by założyć kombinezon, kask, raki, spakować sprzęt do plecaka i ruszyć w górę. A to cholerny wysiłek. Lustrują się, kto pęknie, pęka Simone.

Tom Moore poleciał z lawiną, cudem zatrzymał się przed urwiskiem, które kończy się 1500 metrów niżej. Moro dochodzi do rannego. Brytyjczyk zgubił rękawiczki. Jeśli szybko nie zejdzie do namiotu, to palce trzeba będzie obciąć. Ale jak iść, skoro Moore stracił też raki?

Simone czekanem rzeźbi więc w śniegu stopnie. Kiedy trafia na czysty lód, którego nie da się uformować, bierze Moore'a na barana i po kilku godzinach docierają do obozu. Moro stracił tyle sił, że kolejnego dnia zawraca przed szczytem. Lhotse nie zdobył, ale za akcję ratunkową dostał stos nagród. Co roku w maju przychodzi też kartka z Wielkiej Brytanii, w której Moore przypomina o swych ponownych urodzinach, bo, jak twierdzi, drugi raz urodził się na Lhotse.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej