Wychodzisz rano z domu i szukasz osoby czy miejsca?

- Zwykle wybieram miejsce. Ludzie na moich zdjęciach są raczej przypadkowi, choć mam listę osób, które chciałbym sfotografować - np. chciałbym sparować z kimś księdza. Księża w związku ze skandalami pedofilskimi są na cenzurowanym, a powinni wzbudzać zaufanie. Jest w tym ciekawa historia.

Robię zdjęcia ludziom, którzy widzą się pierwszy raz w życiu, ale muszą dotykać się tak, jakby byli przyjaciółmi, rodziną lub parą. Czyli robię rodzinne zdjęcia nieznajomym. Ludzie są albo zaintrygowani pomysłem, albo od razu mówią: "Nie, dzięki, nie chcę żadnych zdjęć".

Dobierasz ludzi na zasadzie przeciwieństw?

- Nie zawsze. Czasem na pierwszy rzut oka widać, że to osoby z różnych światów, ale szukam też podobieństw. Lubię to, że czasem patrzysz na zdjęcie pary i myślisz: cholera, to niemożliwe, żeby oni się nie znali, tak czule się obejmują.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej