Poskarżyła się pani Unii Europejskiej, że w polskich szpitalach pacjenci są torturowani. Na czym polegają te tortury?


- Na tym, że boli. Niepotrzebnie.

W ciągu ostatnich lat zaliczyłam dziesięć szpitali, w pięciu zostałam skazana na cierpienie. W jednym z nich - na oddziale neurochirurgii, gdzie trafiają pacjenci z najcięższym bólem - wytłumaczono mi, że nie ma środków przeciwbólowych. Gadanie!

Gadanie?

- Mieli. Zamknięte w szafie pancernej, bo to przecież narkotyki.

Mój ból pojawił się w 2002 roku. Promieniował. Znikał. Wracał. Był dziwny, właściwie nie wiedziałam, co mnie boli. Dużo jeździłam z plecakiem po świecie, objechałam 50 krajów, w niektórych pracowałam. Ból mnie wkurzał, bo utrudniał podróże.

Któregoś dnia rano - na szczęście w Warszawie - nie mogłam się wyczołgać z łóżka. Żadna pozycja nie przynosiła ulgi, nawet embrionalna. Zjadłam pudełko apapu, wytrzymałam dwa dni i dowlokłam się do warszawskiego szpitala MSWiA przy Wołoskiej, mieszkam tuż obok. Stałam na izbie przyjęć zgięta w pół. "Boli" - jęczałam. "Ale co boli?" - pytała pielęgniarka. "Nie wiem". "No to jak pani nie wie, proszę sobie łyknąć apap".
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej