Przed szarym gmachem Volks-buehne kłębił się tłum. W stronę świecącego na dachu jak latarnia neonu "Ost" ("Wschód") płynęła ekstrawagancko ubrana rzeka: studenci, punki, artyści wszelkiej maści, czerwone włosy, dredy, skórzane kurtki i kolczyki. Pod teatrem mieszali się z elegancką, pachnącą pub-liką, która podjeżdżała mercedesami i oplami na zachodnich numerach.

Gdy kurtyna poszła w górę, stało się jasne, że to nie będzie zwyczajny "Król Lear", ale masakra Szekspira. Na pochylonej scenie stały trzy wiadra symbolizujące trzy części królestwa. Kordelia, zamiast podlizywać się ojcu, siadała na swoim wiadrze i wtedy w głośnikach rozlegał się potężny odgłos sikania. Zawartość wiadra wypijał później król Francji. Kordelia, uosabiająca postkomunistyczny Wschód, gwałcona recytowała opisy tortur z "Archipelagu GUŁag" Sołżenicyna. Obok młody człowiek rozwalał żelaznym młotem główkę kapusty, co kojarzyło się z nazwiskiem architekta zjednoczenia Niemiec kanclerza Kohla (po niemiecku kapusta). Lear wyglądał jak "proletariusz z prowincjonalnego teatru", a Edmund - NRD-owski emeryt - chodził po scenie ze skradzionym opiekaczem do grzanek.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej