Pierwszą pracę kupiłam za 3,5 tys. franków belgijskich od staruszki na Żydowie. Mówiła po polsku. Wchodziło się po schodkach. Dałam pieniądze: "To wszystko, co mam, proszę mi pomóc". Odpowiedziała z uśmiechem: "Jak bida, to do Żyda". Niedługo potem sprzątałam już i u pejsiatych, i u modernych - mówi Wanda i gniecie cytrynę na dnie herbaty. - Po pracy wszystkie Polki wracały o tej samej porze do domu. Policjanci wiedzieli, kogo szukać: rumiane buzie, kreszowe kurtki burgund-wiśnia, marmurkowe spodnie. A ja: włosy ciemne, opaska, rajstopy i czarny płaszczyk z obydwu stron pomarszczony. Ten płaszczyk mnie od złego chronił.

Miejsce leżące

W listopadzie 1993 roku na przejazd z Polski do Belgii busikiem pana Bogdana Wanda mogła zarezerwować jedynie miejsce leżące. Obok niej leżały przez kilkanaście godzin inne Polki. Na siedząco nie zmieściłyby się wszystkie...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.