Dlaczego przestałeś jeździć na wojny?

Wojciech Jagielski: To się stało po Gruzji. Już wcześniej Grażyna przed każdym moim wyjazdem zapadała się w sobie. Tego ostatniego razu nie była już w stanie dać mi czegokolwiek na drogę, żadnego "do widzenia". Pozbawiła mnie amuletu, który zapewniał mi nietykalność. Omal nie zginąłem. Pierwszy raz byłem celem.

Jak to się stało?

- Chcieliśmy podjechać jak zwykle jak najbliżej linii frontu, ale zagadaliśmy się i wjechaliśmy za daleko. Zaczęli do nas strzelać. Wyskoczyłem z auta i pobiegłem w stronę jakiejś chałupy, ale nie zdążyłem. Schowałem się za oplem corsą. Metallic, taki sam ma mój ojciec. Robert Kowalewski [fotoreporter "Gazety"] z kierowcą wycofali się samochodem. Esemesowałem do niego, żeby powiadomił Rosjan, że strzelają do dziennikarza. W telefonie miałem ustawioną "All Along the Watchtower" Dylana i za każdym SMS-em przychodzącym słyszałem "There must be some way out of here", czyli musi być jakieś wyjście. Leżałem na ziemi, miałem sucho w gardle i bezgłośnie wyłem, że zostawiłem Grażynę i chłopaków. Zastanawiałem się, po cholerę to zrobiłem. To jakaś straszna pomyłka. To był mój ostatni wyjazd na wojnę.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej