Wielki obóz wojsk polskiego króla Kazimierza Jagiellończyka budzi się o świcie. Wokół ponad 2 tysięcy wozów taborowych i niewielu mniej namiotów krzątają się słudzy i obozowe ciury, dymią już setki ognisk. Wszędzie stoją rozkulbaczone konie - 16 tysięcy jazdy dysponuje niemal 20 tysiącami wierzchowców, do tego jeszcze parę tysięcy koni pociągowych do wozów. W polskim obozie nie ma radosnego podniecenia, jakie rycerstwu, zawodowym zabijakom, towarzyszy zawsze przed bitwą; rycerze niepostrzeżenie zamienili się w szlachtę - niepostrzeżenie także dla samych siebie, bo wierzą święcie, że od zwycięzców spod Grunwaldu sprzed 44 lat nie różni ich zaiste nic.

Ale różni, różni. W domu, w wolnych chwilach, już nie ćwiczą się w wojennym rzemiośle, teraz objeżdżają swe pola. Nie śnią się im dalekie zwycięskie wyprawy, lecz intratna sprzedaż ziarna z ostatnich zbiorów. Dla obrony swych interesów potrafią nawet w obliczu wroga zaszantażować monarchę.
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej