Ewa Wanat. Warszawa, 5 lipca 2012 r.


Odeszłaś z TOK FM po dziewięciu latach. Oni w koszulkach "Nie płakałem po papieżu, płakałem po Ewie Wanat". I rzeczywiście płakali, widziałem. To normalne?

- Nie wiem. Ale to nie jest dobre - ani dla nich, ani dla mnie. Nie można się tak przywiązywać. To powinna być tylko praca, zmienił się szef i tyle.

Właściwie za co cię kochali? Byłaś okropna.

- No właśnie.

Krzyki. Rzucanie kubkami.

- Rzadko. Ta metoda zarządzania polegała na wrzuceniu co jakiś czas granatu w sam środek redakcji.

Po co?

- Bo zatrudniłam w tym radiu specyficznych ludzi. Radiowy głos - nieważny, dykcja - nieważna. Ale musi to być OSOBOWOŚĆ. Żeby chciało się słuchać. Taki dobór powoduje, że zarządzasz bandą świrów i indywidualistów. Kiedy promieniowanie kosmiczne jest niewłaściwe i kilka osób naraz zaczyna mieć kryzys wartości, to wszystko się rozłazi. Wtedy trzeba wrzucić ten granat. Pokurwować. Powrzeszczeć.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej