Kwiecień 1962 roku. Chmura papierosowego dymu spowija stolik w jednej z nowojorskich kafejek. Niewysoki chłopak w czapeczce kończy kilkunastominutową pracę - na kartce widnieją dwie nieco pokreślone zwrotki jego autorstwa. Kilka dni potem doszła trzecia zwrotka. Powstała piosenka to "Blowin' in the Wind" - ot, raptem dziewięć retorycznych pytań o wolności i pokoju, przerywanych refrenem "odpowiedź, mój bracie, na wietrze drży, odpowiedź na wietrze drży". Chłopak strzepuje papierosa do przepełnionej popielniczki, chowa kartkę do wysłużonego futerału gitary, sięga po następną kartkę. Czuje, że piosenka wyszła fajnie, ale jej potęgi jeszcze sobie nie uświadamia. Ani tego, że w tym samym momencie muzyka popularna wyszła z krótkich spodenek. Kamyczek, który uruchomił lawinę.

Bob Dylan to człowiek paradoks. Jak inaczej nazwać rewolucjonistę, który jest niezmiennie strażnikiem tradycji?...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.