Kwiecień 1962 roku. Chmura papierosowego dymu spowija stolik w jednej z nowojorskich kafejek. Niewysoki chłopak w czapeczce kończy kilkunastominutową pracę - na kartce widnieją dwie nieco pokreślone zwrotki jego autorstwa. Kilka dni potem doszła trzecia zwrotka. Powstała piosenka to "Blowin' in the Wind" - ot, raptem dziewięć retorycznych pytań o wolności i pokoju, przerywanych refrenem "odpowiedź, mój bracie, na wietrze drży, odpowiedź na wietrze drży". Chłopak strzepuje papierosa do przepełnionej popielniczki, chowa kartkę do wysłużonego futerału gitary, sięga po następną kartkę. Czuje, że piosenka wyszła fajnie, ale jej potęgi jeszcze sobie nie uświadamia. Ani tego, że w tym samym momencie muzyka popularna wyszła z krótkich spodenek. Kamyczek, który uruchomił lawinę.

Bob Dylan to człowiek paradoks. Jak inaczej nazwać rewolucjonistę, który jest niezmiennie strażnikiem tradycji? Jak wreszcie nazwać kogoś, bez kogo nie sposób wyobrazić sobie współczesnej kultury, a którego nadejścia nie wymuszała żadna dziejowa logika?

Bo że pojawił się Elvis, to było oczywiste. Mógł to być ktokolwiek, kto ucieleśnił przemiany w (pod)świadomości młodych Amerykanów. Nawet Jimi Hendrix w jakiś sposób musiał zaistnieć, bo i oczekiwania estetyczne, i technologia "were blowin' in the wind" - wisiały w powietrzu. Jednak muzyce popularnej nie był wcale potrzebny współczesny Homer, gość z prowincji, który udowodni, że muzykant może też opowiadać historie i tworzyć wizje.

Ale nadszedł. Wyrwał się z mroźnego, małego górniczego Hibbing pod kanadyjską granicą, ze statecznej, skromnej żydowskiej rodziny Zimmermanów, dojechał do Nowego Jorku, bezczelnie opowiedział kilka bujd na własny temat, by wytworzyć wokół siebie zagadkowy nimb i stanąć "na wyższym obcasie", po drodze zmienił nazwisko na Dylan - wreszcie napisał "Blowin' in the Wind", "A Hard Rain's a-Gonna Fall", "Masters of War", "Don't Think Twice, It's All Right"... I już żadnych bujd nie musiał opowiadać: do niespełna 170 cm wzrostu dokładał monstrualny cokół w postaci przybywających z każdym tygodniem nowych piosenek. Minęło pół wieku, a trwalszy od spiżu cokół rośnie. Wprawdzie 71-letni artysta nie płodzi już przed każdym posiłkiem kolejnych epokowych songów, jednak ma na koncie blisko pięćset utworów, na każdej jego autorskiej płycie jest co najmniej kilka muzycznych klejnotów. Liczba coverów Dylanowskich piosenek idzie w grube tysiące. To już nie cokół, ale istne mauzoleum.
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej