Szatańskich moich lektur oto niespodziewany ciąg dalszy. Tylko diabelską interwencją umiem bowiem wytłumaczyć nagły, tajemniczy i niewytłumaczalny powrót na księgarskie półki Stefana Grabińskiego, pisarza wszak zapomnianego zupełnie. A jeśli pamiętanego gdzieniegdzie, to tylko jako "polski Edgar Allan Poe", względnie jako twórca mrocznej, trącącej zaduchem młodopolskiej grafomanii "grabińszczyzny", jednakowoż też przecież najsłynniejszego w swej niesławie polskiego autora fantastyki grozy. Warto przypomnieć tego pisarza. Nasze dziedzictwo literackie składa się wszak w wielkiej mierze z przegranych i zapomnianych; historia literatury to jest w ogóle wielki zarośnięty, nieodwiedzany cmentarz pełen pokutujących dusz.

Oto zmarły w 1936 roku prozaik, który miał szmergla zupełnego na temat duchów, mediumizmu, fantomów, zjaw, ektoplazmy oraz Szatana, zostaje wznowiony akurat w epicentrum narodowej dyskusji o wpływie Lucyfera na ramówkę telewizji publicznej. Jakież więc było moje metafizyczne przerażenie i piekielny zachwyt zarazem, gdy w dużej księgarni natknąłem się na nową edycję jego najsłynniejszych opowiadań zebranych w tomie "Demon ruchu" (Zysk i S-ka) i podejrzanie wyeksponowanych w widocznym miejscu. To zbiór najlepszych tekstów Grabińskiego, osobliwie słynnych jego nowel kolejowych, których był prawdziwym mistrzem. Owe opowieści kolejowe traktowały o pociągach widmach, strasznych niewytłumaczalnych katastrofach, znikających całych składach wraz z pasażerami, obłąkanych dróżnikach, dziwnych telegramach z zaświatów, co tym się tłumaczyć może, że za czasów Grabińskiego, a pisał on te historie tuż po pierwszej wojnie światowej, podróżowanie koleją miało w sobie coś z romantyzmu, było rzeczą szlachetną, tajemniczą, ekscytującą. Bardzo mnie interesuje, jak by takie opowieści kolejowe wyglądały dzisiaj. Trzeba by chyba napisać coś w stylu: "InterCity relacji Warszawa - Gdynia zwiększył opóźnienie do siedemnastu godzin, wśród pasażerów zanotowano przypadki obłędu, opętania oraz niekontrolowanej agresji". Prawdziwa zgroza. W czasach Grabińskiego pociągi być może zaludniały duchy, diabły i ektoplazmy, ale przynajmniej pociągi te jeździły szybciej i punktualniej od dzisiejszych, było to - przypominam - niecałe sto lat temu.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej