fot. Barbara Kaniewska i Swiatoslaw Wojtkowiak
Tydzień temu Duży Format, dodatek do Gazety Wyborczej, opublikował opowieść antropologa, prof. Leszka Kolankiewicza o potomkach polskich legionistów na Haiti sprzed 200 lat. Nie znają polskiego, nie mają białej skóry, ale uważają, że płynie w nich polska krew. Na Haiti ich to nobilituje. Witali Jana Pawła II jako Polacy, a Jerzy Grotowski, twórca Teatru Laboratorium, który ich ponad 30 lat temu odwiedził, jest w ich wyobraźni mitycznym "Detopskim". Po wydrukowaniu tego tekstu od pary fotografów Barbary Kaniewskiej i Światosława Wojtkowiaka redakcja otrzymała zdjęcia naszych rodaków na Haiti.
- W Cazale byliśmy turystami - piszą. - Zamieszkaliśmy wśród czarnej Polonii, najpierw na plebani u księdza, potem w jednej z chat na brzegu rzeki, która wezbrała po opadach w wyższych partiach gór.
W Cazale uderzył nas marazm i beznadzieja. Gdyby nie palmy i ciemniejszy odcień skóry, można by poczuć się jak w popegeerowskiej wsi na wschodzie Polski czy postsowieckiej republice. Wioska jest jednak piękna, poza tym jest ostoją spokoju na burzliwej wyspie. To tu wracamy leczyć rany, kiedy wściekły tłum w stolicy Haiti rozbija nam na głowach butelki i prawie cudem ratujemy życie - a wszystko dlatego, że jesteśmy biali i nie schowaliśmy się w opancerzonym transporterze jak inni, nieliczni tu cudzoziemcy.
Pani Rosandre Xavier każdego dnia przesiaduje przed domem. Jest jedną z ostatnich "czystej krwi" potomków Polaków. "Czystej krwi" oznacza w jej przekonaniu trzymanie się "jasnych genów". Jej pokolenie świadomie wybierało partnerów o jak najjaśniejszej karnacji, aby utrzymać czystość "czarnej polskiej krwi". Młodym, jak tłumaczy, jest już wszystko jedno.

Desmisslan Saintello (urodzony w 1950 roku) nigdy nie założył rodziny. Przez całe swoje kawalerskie życie mieszkał w starej, z roku na rok rozpadającej się chacie. Kilka lat temu jego brat, który wyemigrował do USA, sprezentował mu dom z cegieł i betonu. Desmisslan Saintello mimo nowego, przestronnego domu nadal żyje samotnie. Każdego dnia pracuje w swoim dużym ogrodzie i opiekuje się osiołkiem, z którym wędruje po wodę do strumienia. Wieczorami przesiaduje na murku niedaleko domu ze swoim nieco starszym niewidomym kolegą. Po kilku dniach naszej obecności w Cazale przyszedł prosić o pieniądze, bo przecież przyjechaliśmy z Polski

Pani Merlo, matka. Do tego sprowadza się jej życie. Rola kobiet na Haiti jest z góry ustalona i jasna. Zostają w domu, rodzą i wychowują dzieci. Mimo skrajnego ubóstwa nie ma mowy o planowaniu rodziny. Antykoncepcja jest droga i prawie niedostępna. Nie istnieje zatem w świadomości mieszkańców, szczególnie maleńkich wiosek jak Cazale. Zwykle rodzina liczy siedem osób. Starsze rodzeństwo opiekuje się młodszym, a ciężarne matki przesiadują przed domem, wygrzewają się w słońcu

Pastor Delice Delouise, 70 lat. Jego syn wyjechał kilka lat temu z rodziną do pracy na Martynikę. Z zarobionych tam pieniędzy sfinansował budowę domu swojego ojca oraz drewniany kościół, który znajduje się zaraz obok. Pastor, adwentysta dnia siódmego, co sobota, punktualnie o 8 rano, uzbrojony w Biblię jest gotów odprawić mszę w swojej świątyni. Sąsiedzi, a nawet rodzina twierdzą, że prawdziwy Kościół adwentystów znajduje się po drugiej stronie rzeki, dlatego na mszy u pana Delice nigdy nikogo nie ma - oprócz żony, zawsze gotowej śpiewać religijne pieśni u boku męża

Mariette, uczennica gimnazjum w Cazale. Rok 2009 był ostatnim rokiem jej edukacji. Po końcowym egzaminie nadeszło uroczyste zakończenie roku szkolnego. Część artystyczna, wspólne zdjęcie, przemówienia i eleganckie stroje absolwentów. Niestety, najbliższe liceum znajduje się w miasteczku oddalonym od Cazale o godzinę drogi pieszo. Dla niektórych rodzin książki, ubrania i kanapka do szkoły to zbyt duży wydatek. Dzieci są potrzebne w pracy na gospodarstwie, zostają zatem przy rodzicach, w Cazale

Kilkuletnie córki Josepha Delice Merlo, którego jaśniejszy odcień skóry i niebieskie oczy czynią w ich oczach ?na pewno polskim potomkiem?. Jego żona - wręcz przeciwnie - wygląda jak czystej krwi potomkini przodków z zachodniej Afryki. Mają siedem córek, które przychodziły na świat jedna po drugiej. Geny polskich przodków stopniowo zanikają, dziewczęta odcieniem skóry różnią się nawet między sobą. Dziewięcioosobowa rodzina mieszka w zielonej maleńkiej chacie o trzech izbach. Niestety, ani Joseph, ani jego żona nie pracują. Każdy kolejny dzień, z każdym nowo narodzonym dzieckiem, staje się coraz trudniejszy.
Jezeli chcesz zobaczyć więcej zdjęć, zajrzyj na stronę: Światosława Wojtkowiaka i Barbary Kaniewskiej












