Dziś mam masę poplątanych, sprzecznych uczuć w związku z ojcem. Uznałam, że chcę je zrozumieć i uporządkować. Zaczęłam terapię. Podobno terapia DDA jest jak obieranie cebuli - najbardziej boli na początku. Ja, przeciwnie, mam wrażenie, że terapia jest jak leczenie małej dziurki w zębie - niewinna czarna kropka okazuje się głęboką dziurą przeżartą przez próchnicę.
Wydawało mi się, że jego alkoholizm mnie nie dotknął. Może małżeństwo rodziców nie było najszczęśliwsze, ale są gorsze. Może nie widziałam nigdy żadnej czułości między nimi, ale taka powściągliwość jest typowa dla tego pokolenia. Może nie pamiętam, żeby ojciec się ze mną bawił, ale przecież wielu ojców tak ma. Może odwrócił się ode mnie, gdy zachowałam się nie po jego myśli, ale faceci tak mają w trakcie rozwodu.
Od lat mój kontakt z ojcem jest fatalny. Unikam go jak mogę i jednocześnie mam wyrzuty sumienia, że nie potrafię się przemóc. Na terapii po raz pierwszy dotarło do mnie, że wcale nie muszę się z nim kontaktować. Moja postawa nie wynika z tchórzostwa, jest racjonalna - w ten sposób chronię przed nim siebie i swoją rodzinę.
Zrozumiałam też, że się go wstydzę. Wstydzę się, że jego życie to porażka, że nie może niczego zaoferować mnie ani mojej rodzinie, że się stacza, że wygląda jak menel, że pożycza pieniądze.
Wolałabym, żeby go nie było. Byłoby mi łatwiej. Bo nie chcę takiego ojca.
Przede mną jeszcze masa pracy. Wiem, że z terapii wyjdę jako inny człowiek. I zaczynam wierzyć, że wbrew religii i wychowaniu mogę postawić swoje potrzeby na pierwszym miejscu.