Nie wiem, co to jest "spontan", "fun" i takie tam, bo nie mogłem sobie na to pozwolić. Czasem, mając kilka lat, siedzisz do północy i czekasz na "głównego aktora". Musisz zostać, bo nie wiesz, czy będzie awantura, czy nie. Weekendy to czas, który zamiast spędzać ze znajomymi, spędzasz w domu, bo wiesz, że ojciec będzie się wtedy mniej awanturował.
Nie wiesz, czy masz się angażować w związek z dziewczyną, bo nie chcesz wprowadzać jej do tej patologicznej rodziny. Jeśli będę miał żonę, to tak jak jeden z bohaterów reportażu w "Gazecie" nie zaproszę rodziców na ślub.
Najgorsze jest jednak to, że przez ten rygor i ciągłe bicie, czasem nawet paskiem po plecach, zaczynasz chodzić jak w zegarku. Non stop. Nie możesz sobie pozwolić na porażkę, bo będzie lanie. Nie uczysz się ryzykować. Nie podejmujesz wyzwań, które byś podjął, gdybyś miał wsparcie rodziców.
Ja musiałem wybierać zawsze drogę, którą wiedziałem, że pokonam. I teraz żałuję straconych szans.
Rodzice już dla mnie nie istnieją. Nie obchodzi mnie, co się z nimi będzie działo, gdy będą już emerytami. To ich problem. Karą za ich postępowanie będzie samotne życie i samotna śmierć.