Cierpię na depresję i nerwicę lękową. Mam za sobą kilka terapii. Nie rozstaję się z lekami. Mam ataki lęku i paniki na zmianę z falami głębokiej depresji. Mimo to czuję, że jest lepiej. Osiągnęłam pewne status quo -wiem, kim jestem, wiem, co mi jest, i wiem także, że wszystko ze mną w porządku. Taką, jaką jestem, ukształtowało mnie pijaństwo mojego ojca i nerwica mamy, która zwyczajnie nie miała siły, żeby dać trochę uwagi i zainteresowania.
W naszej czteroosobowej rodzinie przypadła mi rola "ratownika". Byłam starszą córką. Siostra, dziesięć lat młodsza, była za mała, ale i ona wyszkoliła się w wyszukiwaniu ukrytego w domu alkoholu i przeszukiwaniu kieszeni ojca w celu pozbawienia go gotówki. Wszystkie trzy - mama, ja i siostra - byłyśmy (jesteśmy?) współuzależnione.
Ja chyba płacę największą cenę. Siostra jakoś ułożyła sobie życie. Ma dobrego męża, dzieci. Mama się uspokoiła i od niedawna odbudowujemy nasze zwichrowane relacje. Pomogła w tym moja roczna terapia.
Ojciec już nie żyje. Przestał pić na pięć lat przed śmiercią. Były chwile, kiedy myślałam, że lepiej już było, jak pił. Na trzeźwo był jak skała -chłodny, zdystansowany, surowy. Po alkoholu był wylewniejszy.
Przez całe życie drętwiałam w jego obecności. Nie potrafiłam spontanicznie przytulić się do niego, powiedzieć mu, że go kocham.
Miał świadomość tego, że mnie skrzywdził. Na rok przed śmiercią przyznał to, płacząc. Właśnie trzeźwiał po długim ciągu alkoholowym. Miał jedną jedyną wpadkę w pięcioletnim okresie niepicia. Klasyczna sytuacja, jakich było u nas wiele. Dostałam alarmujący telefon, a w słuchawce mama: "Tato pije!".
Całe życie walczę z niskim poczuciem własnej wartości i brakiem poczucia bezpieczeństwa. Na depresję cierpię od zawsze. Na anoreksję zapadłam w wieku 13 lat. Potem były epizody bulimii. Pierwsza próba samobójcza w wieku16. lat. Druga - 21 lat.
Są jeszcze skutki fizyczne - osiem lat leczyłam się na niepłodność (niedorozwój macicy spowodowany anoreksją). Słaba wątroba. Osłabienie i chroniczne zmęczenie. Od trzynastu lat samotnie wychowuję syna. Zaszłam w ciążę, choć usłyszałam, że nie mogę mieć dzieci. To był cud i wielkie szczęście. Do dziś uważam, że macierzyństwo mnie uratowało.
Związek z ojcem mojego syna był jednym z kilku, jakie próbowałam zbudować. Można oczywiście mówić o niezgodności charakterów, ale z biegiem czasu rozpracowałam mechanizm, który sprawiał, że mężczyźni ode mnie odchodzili.
Jak zbudować zdrowy związek, kiedy człowiek wyniósł z domu, że w rodzinie trzeba wszystkich przed wszystkimi ratować - matkę przed pijanym ojcem, ojca przed histeryzującą i wyrzucającą go z domu matką, siostrę przed rodzicami i siebie samą przed tym wszystkim. A potem okazuje się, że buduję swoją rodzinę i potykam się o... spokój i stabilizację. Bóg mi świadkiem, że nie wiem, co mam z tym zrobić.
No więc nieświadomie prowokuję - czepiam się, wymyślam spiskowe teorie dziejów tylko po to, by rozgorzało piekło, bo w piekle funkcjonować potrafię. W końcu partner poddaje się i odchodzi. A częściej to ja go rzucam, by uprzedzić jego ruch i - w swoim mniemaniu - zmniejszyć swoje cierpienie. A potem mogę znowu pławić się w poczuciu krzywdy. Logika Dorosłego Dziecka Alkoholika jest pokrętna.
Mam już za sobą długą drogę, w trakcie której rozpoznawałam, nazywałam i oswajałam własne lęki, blokady psychiczne i ograniczające przekonania. W trakcie tej niełatwej wędrówki zrobiłam milowy krok w kierunku zaakceptowania siebie taką, jaką jestem. Chyba teraz już wierzę, że zasługuję na miłość.