Małgorzata Goślińska: Który koncert na drugim rejsie udał się najlepiej?
Joanna Wnuk - Nazarowa, dyrektor Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach: - W Goeteborgu i jest w tym nieoceniona zasługa miejscowego radnego Piotra Kiszkiela rodem z Polski. To on spowodował, że ponieśliśmy minimalne opłaty portowe i że filharmonia wzięła nasz koncert jako abonamentowy, dzięki czemu mieliśmy 90 procent frekwencji.
I owacje na stojąco. Jak długo trwały starania o to?
- Rok, a radny od lat staje na głowie, żeby uhonorować nazwą ulicy polskiego kompozytora Romana Maciejewskiego. Dlatego poprosił nas, żebyśmy zagrali na posiedzeniu rady miejskiej Mattinatę, którą Maciejewski napisał dla wuja swojej żony, goeteborskiego armatora. W okazałym holu z marmurowymi schodami wystąpiły skrzypaczka, altowiolistka i wiolonczelistka. Prócz radnych pojawiła się Polka, która sprząta urząd, Mówiła, że na koncercie być nie może, bo akurat wypadł jej dyżur, przyniosła nam kanapki z krewetkami i po filiżance kawy.
W Dover waltornista spotkał Polkę w sklepie, za kasą, która, gdy zaprosił ją na koncert, odpowiedziała, że ma już bilety.
- Dover był zaskoczeniem, sprawił największą radość, chociaż wcześniej przeszliśmy gehennę. Organizacją zajmowała się Ewa Bogusz - Moore z Instytutu Kultury Polskiej w Londynie, którą znaliśmy z naszego zeszłorocznego koncertu w Canterbury. Tym razem spotkała się z niezrozumieniem lokalnych władz. Proponowała, żebyśmy zagrali w Canterbury. Ale jak to: wpłynęliśmy żaglowcem do miasta portowego śladem Chopina, który do sąsiedniego Folkstone zawinął w drodze na swój ostatni koncert publiczny w L i mamy jechać autokarami 40 km w głąb kraju? Groziła nam już popelina - występ w szkolnej sali gimnastycznej. Wreszcie pani Ewa dotarła do mera Dover, który wskazał miejską salę. Śliczną, wiktoriańską, ale kameralną. Do tej pory odbywały się w niej tylko konferencje i bale. Mer zażyczył sobie, że musi być pełna widownia, dlatego musieliśmy zmniejszyć ilość pulpitów. Nie zgadzał się wpuścić nas przed estradę, nawet pod balkony. Zastanawialiśmy się już, czy nie okroić orkiestry bardziej i zrezygnować z Brittena i Debussy'ego, co z kolei nie podobało się dyrygentowi Jackowi Kaspszykowi. Przepychanki trwały pół roku, dogadaliśmy się dopiero na półtora miesiąca przed koncertem. Na koniec poprosiłam panią Ewę, żeby klasnęła w sali dla sprawdzenia, czy nie jest sucho jak pieprz. Sala na szczęście okazała się nadakustyczna, kontrabasy i perkusja mogły stać pod balkonami i morze Debussy'ego falowało, a mer oklaskiwał nas w złotym łańcuchu.
Było 500 ludzi na 500 miejsc i znowu owacje na stojąco.
- A muzykolog angielski przemówił, że Brytyjczycy powinni się wstydzić braku polityki kulturalnej i brać przykład z Polski, bo nasz rejs jest spektakularny. To był miód na moje serce. Wystarczy jedna pasjonatka, żeby impreza się udała. Niestety, pani Ewa przeprowadza się do Polski. Z jednej strony dobrze - będzie pracować w Instytucie Mickiewicza, gdzie brakuje ludzi znających się na muzyce. Ale stracimy swojego człowieka w Wielkiej Brytanii.
W Boulogne-sur-Mer, skąd Chopin wyruszał w ostatnią podróż do Wielkiej Brytanii nie było tak gorącego przyjęcia.
- Boulogne był największym rozczarowaniem. Nie było afiszy, tylko informacje w mediach i przyszło zaledwie sto osób. Występowaliśmy w teatrze impresaryjnym i powitał nas kierownik techniczny, który dopiero w połowie koncertu ogłosił, że zamiast Ewy Kupiec na fortepianie gra Philippe Giusiano. Za to doceniam Towarzystwo im. Nielsena z Ewą Jensen na czele, które w Kopenhadze z dobrej woli wydrukowało ulotki o zmianie solisty. W Oslo Izba Turystyczna z własnej inicjatywy rozdawała w sali koncertowej gadżety związane z Chopinem. Generalnie rejs spełnił oczekiwania, graliśmy w sławnych salach koncertowych, w sumie wysłuchało nas około 3, 4 tys. osób, nie licząc Gdyni, gdzie dajemy koncert plenerowy i trudno policzyć słuchaczy.
Ile kosztowała cała wyprawa?
- Na projekt otrzymaliśmy z ministerstwa kultury 800 tys. zł. W tej kwocie nie ma gaży muzyków, którzy nie dostali pełnych diet (statek zapewniał catering), a w Kopenhadze grali za darmo, w ramach normy radiowej. Gdybyśmy docierali samolotem do tych wszystkich miast i spali w hotelach, wyszłoby o wiele drożej. Nie płaciliśmy za wynajem sal, tylko za obsługę, a w Goeteborgu - nic. Większa część grantu ministerialnego poszła do Akademii Morskiej za wynajęcie statku. Myślę, że dzięki dobrym wiatrom zaoszczędziła na paliwie i niech jej będzie na zdrowie.
Kadeci mogli odbyć szkolenie na Bałtyku i Morzu Północnym.
- To nie było zwykłe przemieszczanie się drogą morską na występy, ale obopólna korzyść. Niektórzy przyszli na koncert, bo przypłynęliśmy statkiem, z drugiej strony NOSPR reklamował Dar Młodzieży. W Dover odwiedzała go wycieczka za wycieczką, jedną sama oprowadzałam. Ta piękna fregata jest ważnym elementem kultury polskiej.
Będzie trzeci rejs?
- Na pewno na 80-lecie orkiestry, ale może uda się popłynąć wcześniej, do Petersburga, w 2013 roku wielkich jubileuszy, 80-tych urodzin Pendereckiego i Góreckiego oraz setnych Lutosławskiego, a nasz doradca artystyczny Jerzy Semkow obchodzić będzie 85 lat. Semkow skończył konserwatorium w Leningradzie, był asystentem Jewgienija Mrawińskiego, wieloletniego dyrygenta Filharmonii Leningradzkiej, który prowadził prawykonania symfonii Szostakowicza. Poza tym jest z zamiłowania żeglarzem. Pytałam już komendanta Daru Młodzieży, ile mil jest do Petersburga.