Jest wtorek po kolacji. Siedemnasty dzień rejsu, godzina 17 z minutami. Kolacje jadamy coraz wcześniej, tak samo obiad, wspólnie z kadetami, bo muzyków na pokładzie jest teraz mniej niż kadetów. Płyną z nami trzy wachty, mają nad sobą trzech bosmanów, nad nimi znów jest trzech oficerów, poza tym komendant i tylko jeden marynarz. Potocznie wszyscy są marynarzami, ale tylko Mateusz Kuncio piastuje to stanowisko na Darze Młodzieży. Nie schodzi ze statku już ósmy miesiąc.
Znajdujemy się w najwęższym gardle cieśniny Kattegat. Wczoraj zostawiliśmy za sobą Morze Północne, przed nami Bałtyk. Słońce pada stolicy Danii od pleców, wycinając z horyzontu kominy, wieże, pudełka budynków i rzędy wiatraków. Rysunek z mgły powoli nabiera kolorów miasta, od brzegu dzielą nas zaledwie dwa kable (niespełna 400 m)! Po trzech dniach na pełnym morzu (w sobotnie popołudnie wyruszyliśmy z Boulogne), gdy w dali migotały tylko platformy wiertnicze i z rzadka statek handlowy, cieszą żaglówki, motorówki, kutry rybackie, które są na wyciagnięcie ręki, i samoloty to ginące, to wzbijające się tuż za linią wody, a ten wąż to pociąg, a te chrabąszcze to samochody, a te błyski to flesze. Ludzi nie widać, ale robią nam zdjęcia. Trzymasztowa fregata jest dla nich równie wielką atrakcją, jak dla nas dziś miasto.
Z lewej burty tymczasem, przed nami, z majaczącego Malmo, wbija się w morze most, jak struna, zdaje się, z bliska jednak jak ślimak, zwija się, a samochody zjeżdżają pod wodę. To autostrada łącząca Szwecję z Danią, która w połowie mostu przechodzi w tunel, a morze znów jest po horyzont i słońce prosto w dziób żaglowca.
Gdy dzień zmierza ku nocnym porcjom - to druga kolacja, chyba że kolację właściwą uznać za drugi obiad, bo też gorąca - zwalniamy do 4 węzłów. Nad bukszprytem zawisł księżyc w pełni. Kadet Michał Serafinowicz usiadł na dziobie z gitarą. Mówią na niego romantyk morza. Zapatrzy się, zamyśli i przez to wszystko robi wolniej. Próbował być muzykiem, matematykiem, na koniec wrócił do marzeń z dzieciństwa i poszedł w ślady dziadka kapitana żeglugi.
Kwadrans przed 11 rano nad żaglowcem zatacza koło helikopter. Jesteśmy na terytorium niemieckim, policja sprawdza z powietrza, czy nie zaśmiecamy morza, nie poławiamy ryb, nie wydobywamy nafty. Poruszamy się z prędkością 1 węzła, wydaje się do tyłu, wolniej od fal, a tafla morza jest niemal jak lustro, żagle ledwo łopoczą.
Po obiedzie komendant zarządza zawody na śródokręciu. Gdy rozkaz uzasadnia bezpieczeństwo statku, komendantowi nie może odmówić nawet pasażer, na zawody więc stawia się każdy wedle woli. W ciągnięciu liny o pierwsze miejsca walczą wachty kadetów, między sobą, w muzykach nie mają konkurentów. Muzycy muszą dbać o dłonie, mogą się za to zmierzyć na poduszki (przeciwnika należy strącić poduszką z deski, umocowanej nad pokładem na linach) czy w sztafecie z pałeczką między nogami (zastępuje ją pałąk do wieszania lin, po przebiegnięciu dystansu do dziobu i z powrotem trzeba go przekazać bez użycia rąk, podobnie pomarańczę, trzymaną pod brodą).
Mija godzina. Cisza na morzu, wciąż jeden węzeł. Po kolacji docieramy pod Bornholm i zrzucamy kotwicę. Wiatr umarł.
Takiej flauty jeszcze nie było. Z Boulogne mieliśmy dobre wiatry, na silniku płynęliśmy zaledwie osiem godzin. Wiało od rufy, tak że w poniedziałek osiągnęliśmy prędkość 14 węzłów, największą na tym rejsie (średnia wynosi 10,5). W jedną dobę przemierzyliśmy 252 mile (średnio 190). Tymczasem od wtorku zrobiliśmy połowę średniej odległości. Silnik śpi, nie mamy dokąd się spieszyć.
Wieczorem na placu Kaszubskim do obierania ziemniaków przygrywają wiolonczeliści i trębacze, a potem biorą w ręce noże i siadają z kadetami. Codziennie trzeba obrać 70 kg.
Nagle gwizd! Kwadrans po pierwszej w nocy bosman wzywa kadetów do stawiania żagli. Podrywają się z klatek schodowych, wolno im tam drzemać w czasie wachty, ale w pełnym rynsztunku. I - raz, i - raz! W żagle wiatr, statek w ruch!
W czwartek wiolonczelista Roman Hałoń wszedł na ostatnią, trzecią platformę masztu, prawie 50 m nad pokładem i stał się bohaterem rejsu. Przed nim z nosprowiczów był tam tylko flecista Łukasz Zimnik, ale on jest alpinistą. Na obiad dostałam knedle z serem na słodko, delektował się nimi cały stolik. Mięsożercy nie mają takich rarytasów, a mi kucharz serwuje porcje na czterech (wczoraj dzieliłam się ryżem na mleku z jabłkiem i cynamonem). Zobaczyliśmy polską plażę i tęsknota sięgnęła zenitu. Gdy złapaliśmy zasięg polskich operatorów, wszyscy wysypali się na pokład z komórkami.
W piątek na statku gruchnęła wieść: zostaliśmy porwani! Zamiast zawinąć do Zatoki Gdańskiej, statek płynie na wschód. Dopiero tuż przed granicą rosyjską robi zwrot przez rufę. Piękny manewr i trudny, jeśli trzy maszty obsługuje załoga, która zwykle w tej liczbie obsługuje jeden. Operacją dowodzi sam komendant, przy sterze stoi starszy oficer. Statek obraca się wokół własnej osi, z lewej burty przechyla się na prawą, co oznacza, że w mojej kajucie na poziomie minus dwa (przeniosłam się z kubryku piętro wyżej, gdy zwolniła się w Boulogne) robi się jaśniej. Bulaj wynurza się nad powierzchnię wody. Żeglujemy po Bałtyku pół dnia, o 15 kotwiczymy na redzie w Gdyni, do portu możemy wejść dopiero w sobotę rano. O 13 na placu Grunwaldzkim odbędzie się finałowy koncert. Kadeci zrzucają żagle, po raz ostatni w tym roku.
Wieczorem w saloniku kapitańskim zespół smyczkowy w białych strojach, powołany przez muzyków specjalnie na tę okoliczność dał pożegnalny, unikalny koncert szant. Nuty do Morskich opowieści i Dziesięć w skali Beauforta rozpisał skrzypek Grzegorz Bartoszek, a Michał Paliwoda improwizował choreograficznie, kręcąc kontrabasem. Koncert prowadził Marek Meller, eksbosman, który zaprzyjaźnił się z orkiestrą na pierwszym rejsie. Dyrektor NOSPR Joanna Wnuk Nazarowa mianowała go honorowym melomanem, a komendantowi Daru Młodzieży Arturowi Królowi wręczyła "łeb Chopina" z brązu. - Na początku obawiałem się rejsu z muzykami, uprawiamy przecież różne profesje. O czym mielibyśmy rozmawiać? - przyznał komendant. - Ale okazało się, że mamy wiele cech wspólnych - dodał.
W sumie przemierzyliśmy 2,18 tys. mil, z czego aż 1,5 tys. na żaglach. Możemy uważać - powtarzam te słowa za komendantem - że odbyliśmy prawdziwą podróż morską. Na potwierdzenie mam dyplom.