Cumowaliśmy u podnóża opery, postawionej w porcie kilka lat temu, dosłownie zepchniętej do morza. Futurystyczny gmach z białego marmuru jakby wychodził na powitanie naszej reliktowej fregacie. Jak zwykle mieliśmy trochę czasu na obejrzenie miasta. W muzeum Muncha szczęśliwie trafiliśmy na ekspozycję tego norweskiego artysty. Zdawało się być solidnie strzeżone - zapewne to efekt ostatniej kradzieży Krzyku - przechodziliśmy przez bramki jak na lotnisku i nie wpuszczono nas z plecakami. Kompletnie inne wrażenie wywarł dworzec kolejowy, dokąd przyciągnął nas hot spot (w Kopenhadze i Goeteborgu darmowy dostęp do internetu znajdowaliśmy w bibliotekach, z tym że w Szwecji dopiero po okazaniu paszportów i uzyskaniu kodu) - pomijając wystrój wnętrza mogliśmy poczuć się jak w Warszawie Centralnej czy Katowicach. Smród, śmieci, żebracy, narkomani i znudzona młodzież. Stolicę Norwegii zostawiliśmy w deszczu. Po trzecim z kolei koncercie na rejsie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach nasz Dar Młodzieży wypłynął w długą drogę do Dover.
Niedziela, siódma rano, msza w mesie oficerskiej, jeszcze w porcie. Ze statku schodzi dyrygent Jacek Kaspszyk i 19 muzyków, wracają samolotem do Polski. Sale koncertowe w Dover i Boulogne są mniejsze, nie pomieściłyby rejsowego składu orkiestry, czyli ponad 80 osób (Kaspszyk, zaabsorbowany przygotowaniem prapremiery opery we Wrocławiu przyleci, by ich poprowadzić). Za to na pokład można władować kontrabasy. Dotąd wielkie instrumenty z braku miejsca musiały jechać tirem. Pogoda rozpieszcza nas przez cały dzień, w nocy niebo gwiaździste, od rana słońce.
W poniedziałek około piątej po południu znajdujemy się na środku Morza Północnego. Nie da się płynąć na żaglach, mamy wiatr od dziobu i nie możemy zmienić kursu z powodu licznych platform wiertniczych. Odczytuję dane na mostku kapitańskim: 48 m głębokości (u wybrzeża Norwegii było aż 700 m) i 5 stopni w skali Beauforta, czyli długie fale grzebieniaste ledwo bryzgają.
O 20 w saloniku kapitańskim sekcja dęta daje koncert, grają m. in. Bacha i Beatlesów. To dar głównie dla studentów Akademii Morskiej. Nie mają czasu na występy orkiestry w portach, pracują za trzech. Normalnie, gdy płyną bez wycieczki, jest ich 120, a nie, jak teraz, 40. Z muzyków najtrudniej mają fagociści - muszą grać na stojąco. - Pamiętajcie o trzech punktach podparcia - rzuca komendant statku Artur Król. Muzycy nie biorą tego za żart i podpierają kolegów od pleców. NOSPR po raz pierwszy na rejsie doczekuje się bisów. Niestety, puzoniści, waltorniści i trębacze nie mają więcej nut.
Godz. 21, skala Beauforta skacze do dziewiątki. Białe grzywy odrywają się od fal i zalewają pokład. Wiatr osiąga prędkość 42 węzłów, czyli około 80 km na godzinę i tak głośno gra na wantach, że momentami zagłusza silnik. Marynarze rozciągają liny wzdłuż pokładu, żeby było czego się trzymać. Sytuacja z początku ekscytuje, bawimy się jak dzieci, przedzierając się na dziób i kogo obleje. Ale bujanie staje się coraz bardziej uciążliwe. Rufa - dziób, rufa - dziób, o północy zwrot i lewo - prawo, lewo - prawo... I wreszcie 10 w skali Beauforta. Żeglarscy amatorzy, tacy jak ja, czują grozę. To już można nazwać sztormem. Dziób na chwilę znika pod wodzą, a silnik na rufie rzęzi nad powierzchnią.
Wtorek, zaraz po przebudzeniu idę do ambulatorium. Z żołądkiem wszystko w porządku, za to gardło pali i cieknie z nosa. Na przeziębienie skarży się kilkunastu pasażerów, tylu samo cierpi na chorobę lokomocyjną. Ilość wizyt wzrosła dramatycznie po Oslo. Lekarz okrętowy Janusz Kaszubski daje mi chlorchinaldin i wapno, jest zaopatrzony w leki na każdą dolegliwość, antybiotyki dawkuje razem z jogurtem, ponadto może pacjenta zszyć i poskładać. Nie ma jednej metody na nudności. Jedni leżą, inni głodują. Mesa studencka pustoszeje. Mieści się na dziobie, najbrutalniej rzucanym przez fale. Pasażerowie wychodzą z talerzami na plac Kaszubski pod śródokręciem, gdzie kołysanie jest najmniej odczuwalne. Szef kuchni Leszek Kuchta mówi, że zmniejszył ilość porcji. Menu jest wysoko kaloryczne, zaplanowane dla ciężko pracujących marynarzy. Dwa gorące posiłki, smażone mięso, do tego ryż albo kasza, najczęściej ziemniaki (gotowanych jest 70 kilo dziennie).
Pogoda zmienia się z godziny na godzinę. Dopiero od południa na pokładzie utrzymuje się plaża. Spacery, scrable, karty, leżenie z książką, opalanie pod kocem. Rzadko mijamy statki handlowe. Dla nich jest niebezpiecznie płytko, płyniemy na 18 m głębokości.
O godz. 18 Dar Młodzieży wyłącza silnik i łapie wiatr w żagle. Przechyla się ostro na lewą burtę, ale mniej kołysze, robi się ciszej. Po zachodzie słońca na horyzoncie migają światła miasteczek naftowych. Zaczyna się najgorsza noc na rejsie.
Z mojego bulaju morze wygląda zachwycająco. Fale piętrzą się w dali w ogromne bałwany i pędzą na mnie, zaraz uderzą w burtę! Wstrzymuję oddech, zapominając, że to złudzenie wynikające z przechylenia statku. Ulegam mu. Zaglądam morzu w twarz - pieni się, zieleń mieszając z granatem, to znów czerniejąc, gdy fala wyrzuca statek w górę. Nagle brzdęk, to talerze, spadły z kuchennej pułki i potłukły się, w kubrykach tańczą walizki, kosze do segregacji śmieci na placu Kaszubskim zamieniają się pokrywkami, o północy megafon wzywa marynarzy na pokład. I - raz, i - raz, brasują reje, za dwie godziny znów. Tniemy taflę morza tak szybko, że nie chce mi się wierzyć, że było to tylko 12 węzłów.
W środę po ósmej rano (wedle czasu angielskiego godzinę wcześniej) budzi mnie słońce. Razi przez bulaj z bezchmurnego nieba. Kucharz mnie rozpieszcza. Na obiad dostałam lazanię ze szpinakiem, a wczoraj na kolację mozarellę z pomidorami i pastą bazyliową. Jestem jedyną wegetarianką na pokładzie. Leszek Kuchta jest na takich jak ja przygotowany, zaopatrzył kuchnie w produkty sojowe. Po obiedzie następuje zrzucenie szmat, czyli klarowanie żagli. Wieczorem na rejsie po raz pierwszy słychać szanty. Na gitarze gra Michał Serafinowicz, student Akademii Morskiej. Zwalniamy prędkość, bo nie możemy wejść do portu w Dover. Nie ma miejsca. Kotwiczymy kilka mili wcześniej. Z dala tęsknie migoczą światła miasta.
Czwartek, wszyscy wylegli na pokład, gotowi do wyjścia na ląd. Wpływamy między klifami, powoli. Nareszcie ziemia!