Małgorzata Goślińska: Nie płynie pan Darem Młodzieży ze swoją orkiestrą od początku rejsu, wsiadł pan na pokład dopiero w Kopenhadze, wysiądzie w Oslo. Trzeba było pana przekonywać do takiej podróży?
Jacek Kaspszyk, dyrektor artystyczny i dyrygent Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach: - Absolutnie! Ale nie mogę sobie pozwolić, żeby tak pływać. Przed rejsem miałem koncert z Sinfonia Varsovia w Warszawie, z Oslo muszę odlecieć na próby do Wrocławia, gdzie ze swoją drugą orkiestrą Filharmonią im. Lutosławskiego przygotowujemy prapremierę opery Knapika, która będzie w październiku. Świetnie się czuję na statku, nie mam żadnych sensacji, nie cierpię fizycznie. W dodatku to unikalny żaglowiec, starej daty. Na tyle duży, że można być samemu ze sobą, znaleźć miejsce na prywatność, tak jak tutaj, gdzie rozmawiamy.
(stoimy na rufie, bo salonik kapitański i mesy są pełne, pełne są korytarze i kubryki, pokład opustoszał, jest chłodno, wietrznie, wilgotno, płyniemy Morzem Północnym ze Szwecji do Norwegii)
- Płynę na trzy koncerty, między koncertami mam dzień wolny. Mogę zająć się swoimi partyturami - bo trzeba codziennie uczyć się partytury, ale nie 12 godzin bez przerwy - popatrzeć na morze... To są moje pierwsze wakacje od trzech lat.
W ogóle pan nie wypoczywa?
- Odpoczynek to kwestia dobrej organizacji. Nad czasem można zapanować. Jakby się tak zastanowić, to moje życie wydaje się uciążliwe, bez przerwy na walizkach. Jak ktoś ma unormowaną pracę, od poniedziałku do piątku musi być o 10 w biurze, to jest to nazywane rutyną. Ale dla mnie te moje wyjazdy i powroty do domu też są rutyną. Traktuję podróże jak cześć pracy. A prozaiczne czynności, takie jak ułożenie rzeczy w walizce, świadomość, co zabrałem i gdzie co mam daje poczucie spokoju.
Jak wygląda pana życie?
- Od 1981 roku mieszkam w Londynie i raz zmieniłem adres. Zaraz po przyjeździe kupiłem dom, bo zawsze marzyłem o domu z ogrodem. Ale praktyka pokazała, że w tym domu bywam raz na trzy miesiące, że jest notorycznie okradany, a ogród zarasta. Przeprowadziłem się do apartamentu w budynku z portierem, bardzo ładne miejsce, między parkami, bezpieczne. Jakbym policzył, ile z tego mieszkania w Londynie spędziłem u siebie, to wyszłoby mniej niż połowa. Ostatni raz byłem 9 lipca. Przyjadę 15 września, następnego dnia żona odwiezie mnie na koncert, po ostatnim koncercie rejsu w Boulougne wsiądę w TGV do Paryża, a stamtąd polecę do Monachium. Ale mnie to nie męczy.
Takie podróże kształcą?
- Mało. Znajomi mówią z zachwytem: o, jedziesz do Japonii! O, byłeś w Nowej Zelandii! A ja mam czas szalenie limitowany, wpadam na próby, na koncerty, do hotelu i natychmiast wyjeżdżam, muszę być skoncentrowany na dyrygenturze i nawet gdy mam chwilę, powinienem usiąść, odpocząć, a nie zwiedzać. Nie mogę powiedzieć, że nic nie widziałem, ale najczęściej to bez różnicy, czy jestem w Nowej Zelandii, czy w Katowicach.
Co innego tournee na statku, jest pan bez przerwy z muzykami. Ma to wpływ na koncert?
- Zawsze lubiłem kontakt z muzykami, poznawać ich również z tej prywatnej strony, ich spojrzenie na tematy nie związane ze sztuką, które rzutuje na sztukę. Lepiej mi się potem z nimi pracuje. Są dyrygenci, którzy trzymają dystans, uważają, że takie spoufalanie się jest zbędne i nie ma znaczenia w relacjach zawodowych. Każdy z nas jest inny, chwała bogu.
Żeglował pan już kiedyś?
- Nigdy nie płynąłem statkiem. Ale raz spróbowałem surfingu. Byłem w Australii na tournee z Chamber Orchestra of Europe, dojechaliśmy do Perth, znanego z wysokich fal, widziałem ludzi surfujących i postanowiłem zrobić to samo, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Po paru sekundach dzielnego utrzymywania się na desce wpadłem w falę, z której nie można się wydostać, człowiek traci poczucie orientacji, gdzie jest góra, gdzie dół, lewo i prawo, czuje się jak w wirówce. Długo to trwało, ale uratowałem się, bo nic nie robiłem, nie wpadłem w panikę, po prostu wyrzuciło mnie na brzeg. Potem mi powiedziano, jak łatwo mogłem się utopić. Próbuję wszystkiego, warto.
Po co?
- Choćby po to, żeby się przekonać, że się czegoś nie potrafi, nauczyć się pokory. Nie można być zbyt pewnym siebie. To arogancja. Poza tym staram się żyć normalnie. Gdy mieszkałem przez rok w Holandii, gdzie wszyscy jeżdżą na rowerach, to też jeździłem na rowerze. Jeśli spotkam kogoś, kto gra w szachy, to chętnie z nim zagram, mimo że mam niewielkie pojęcie o szachach. Ale sprawia mi to przyjemność. W Devon uczyłem się grać w golfa, miałem trenera, który powiedział mi, że mam naturalny talent do golfa - chyba chodziło mu o to, że mam prawidłowy swing. Pyta mnie, czy jestem prawo, czy leworęczny. Mówię, prawo. Przeszliśmy dwie mile, a potem musieliśmy wracać zmienić kije, bo okazało się, że jestem leworęczny. Jako dziecko byłem zmuszany do pisania prawą ręką, potem o tym nie myślałem, smyczek trzymałem prawą ręką, tak samo batutę, ale wszystko nowe, czego się uczę, w naturalny sposób idzie mi do lewej ręki, np. sms piszę lewą.
W takim razie dyrygować musiał się pan uczyć, gdy był pan dzieckiem?
- Gdy miałem pięć lat, mama zabrała mnie do opery. Proszę nie pytać dlaczego, bo nie umiem na to odpowiedzieć, ale zafascynował mnie dyrygent, którego najmniej widać. Jestem więc szczęśliwy, bo realizuję dziecięce marzenie. Ominęły mnie etapy marzeń o byciu strażakiem, policjantem, żołnierzem....
A bycie muzykiem orkiestrowym? Kapitan Daru Młodzieży przeszedł wszystkie szczeble od majtka, szorował pokład, obierał ziemniaki i uważa, że tak powinno być, bo dzięki temu zna pracę swojej załogi. Czy z orkiestrą jest podobnie?
- Byłem czynnym skrzypkiem w szkolnej orkiestrze, ale świat się zmienił. Kiedyś dyrygent był mentorem, który otwierał przed muzykami świat, odkrywał kompozytorów, bo nie było nagrań. Dzisiaj nie trzeba nawet kupować płyt, wystarczy ściągnąć nagrania z internetu w ciągu minuty i słuchać z laptopa albo telefonu. Gdyby dyrygent chciał przejść przez wszystkie szczeble orkiestry, zaczynałby swoją działalność w 35, 40 roku życia, a to zbyt późno.
Skoro jesteśmy na statku, pobawmy się w porównania. Czy muzycy muszą słuchać bezwzględnie dyrygenta, jak marynarze kapitana?
- Dyrygent dowodzi, ale chodzi o inny cel. Na statku trzeba rozwinąć żagle i za każdym razem robi się to podobnie. W sztuce musi być wspólny mianownik - interpretacja, ale jeśli muzyk będzie ślepo wykonywać polecenia, nie bardzo wiedząc po co to robi, to nie będzie ona przekonywująca. Dopiero kiedy zrozumie moją ideę i przyjmie jako własną, wtedy mamy prawdziwą interpretację. Dużą rolę odgrywa tutaj charyzma dyrygenta, ale jeden ją ma, drugi nie.
A kiedy muzyk zaproponuje własną interpretację? Na statku nie ma dyskusji.
- Orkiestra jest zbiorowością indywidualności. Nie można jej traktować jak dużego instrumentu. Składa się z artystów, którzy zdobywali wiedzę i doświadczenie w ten sam sposób co dyrygent. Każdego trzeba traktować indywidualnie, chociaż nie ma na to czasu, mówiąc do wszystkich mówić do każdego z osobna. To najbardziej skuteczna metoda. A dla wspaniałego muzyka warto zrezygnować z własnego założenia i wykorzystać jego, wkomponować we własne. Cudownie jest wymieniać się poglądami o sztuce. To nie rujnuje mojej koncepcji, ale pozwala uzyskać coś autentycznego. Orkiestra też ma swój styl grania, poetykę dźwięku.
Zgłębia pan techniki żeglarstwa?
- To strata czasu. Oczywiście to wspaniała przygoda rozmawiać z kapitanem, dowiadywać się, jak się nazywają maszty i żagle, ale nie zamierzam stać się specjalistą w tej dziedzinie. Najgorsi są szybko edukowani specjaliści. Żeglarstwo jest dla mnie jak mój winsurfing i golf. Chcę, żeby sprawiało mi przyjemność
Źródło: Gazeta Wyborcza