Od Debussy'ego wszystko się zaczęło. W 2006 roku NOSPR świętowała 70-lecie istnienia, a jej niegdysiejszy dyrektor Jerzy Maksymiuk 70. urodziny. Obecna dyrektorka orkiestry Joanna Wnuk-Nazarowa postanowiła podarować Maksymiukowi nietypowy prezent. A że najlepiej jej zdaniem dyrygował La Mer, zaprosiła go na prawdziwe morze.
Nie bez znaczenia było, że kuzyn Nazarowej jest rektorem Akademii Morskiej w Gdyni i że statkiem szkoleniowym uczelni jest Dar Młodzieży, najpiękniejszy polski żaglowiec. Nazarowa zapytała tylko, ilu pasażerów zmieści ta trzymasztowa fregata. Prócz załogi weszło 80 muzyków. Wystarczyło. Tyle, że spać musieli w kubrykach na 10 i 20 koi. Tylko parom małżeńskim przydzielono dwójki, a jedynki koncertmistrzom, żeby mieli gdzie ćwiczyć. Indywidualne próby odbywały się po kątach, w maszynowni, ładowni, pralni rozbrzmiewały flety i trąbki, a najbardziej pokrzywdzeni w tym względzie byli kontrabasiści i perkusiści. Z racji ograniczonego miejsca nie mogli zabrać na pokład instrumentów. Jechały za orkiestrą, jak i teraz zresztą, drogą lądową tirami.
Pierwszy rejs, na przełomie maja i czerwca, trwał zaledwie dziesięć dni po Bałtyku, z postojami koncertowymi w Rydze, Tallinie (gdzie obecny był Arvo Part, którego Orient and Occident grano, estoński Mikołaj Górecki, otaczany podobnym kultem) i Helsinkach. Tegoroczny będzie dwa razy dłuższy i rozszerzy się Morze Północne. Po Kopenhadze NOSPR zawinie z koncertami do Goeteborgu, Oslo, Dover i Boulogne-sur-Mer. Morze ma być cieplejsze, jak to we wrześniu i bardziej kołysać.
Nieprzypadkowo wybrano taką trasę. Podróż wpisuje się w obchody Roku Chopinowskiego, co akcentuje bandera z podobizną kompozytora, rozparta na maszcie i nie zwijana nawet w portach, bo wykonana z siatki, przepuszczającej wiatr, dalej kompozycje Chopina wykonywane w każdym mieście i wreszcie ostatni odcinek rejsu. To w Londynie w 1848 roku, na rok przed śmiercią, Fryderyk Chopin dał ostatni koncert, płynąc nań statkiem z Francji do Anglii.
Kotlista Roman Gawlik tym razem zabrał stopery do uszu. - My, muzycy żyjemy cały czas w hałasie, próby, koncerty..., więc cisza w nocy jest błogosławieństwem. A na statku cały czas pracują silniki, nawet jak płyniemy tylko na żaglach, słychać agregatory prądu i klimatyzatory - mówi. Flecista Łukasz Zimnik zabrał uprząż wspinaczkową. Prywatnie jest taternikiem i na Darze Młodzieży wspinał się na maszty ramię w ramię z marynarzami. - Podziwiam tych chłopców, ale nie ufam ich systemowi asekuracji. To nie to samo co góry, wszystko się rusza, wisisz 30 m nad pokładem i chciałbyś się trzymać rufy nawet zębami, a tu trzeba dwóch rąk do rozwijania żagli - mówi.
Mimo uciążliwości muzycy nazywają rejs inspirującą przygodą, nikt nie pamięta choroby morskiej, a bosman, który bywał na wszystkich koncertach orkiestry, już emerytowany na drugim rejsie jest gościem.
- Ślązacy jeżdżą na wczasy w góry. Pomyślałam, a niech zobaczą morze! To też był jeden z powodów rejsu. Jak zobaczą morze, będą lepiej grać Debussy'ego - mówi Nazarowa.
W dokumencie, który zrealizowała w trakcie pierwszego rejsu TVP Katowice, Maksymiuk stwierdził, że konstrukcja każdego utworu to jest morze. - Takie jest życie, człowiek się rodzi - błękitne morze, sztorm - zakochuje się w trzech kobietach, rwetes, musi wybrać jedną, nie wie którą, sztorm, no i potem gnie...
Tym razem orkiestrą dyryguje Jacek Kaspszyk. W Goeteborgu zagra Widoki znad Morza Romana Maciejewskiego, który w tym szwedzkim mieście spędził ostatnie lata życia i dziś skończyłby sto lat. W Oslo publiczność usłyszy II suitę z muzyki do Peer Gynta Edwarda Griega, a w Dover i Boulogne -sur-Mer Interludia morskie Benjamia Brittena. Podróż jak za pierwszym razem zwieńczy koncert plenerowy w Gdyni na Placu Grunwaldzkim. Będzie to 25 września po najdłuższym, pięciodniowym pobycie orkiestry na morzu.