Kiedy umarł Papież, wiemy z dokładnością do jednej minuty: 2 kwietnia 2005 r. o godz. 21.37. Kiedy umarł Jezus, nie wiemy dokładnie. Nieznany jest precyzyjnie rok ani miesiąc: wiadomo tylko, że było to w marcu albo kwietniu roku ok. 30. Ewangelie podają godzinę śmierci, ale nie są w tym całkiem zgodne, choć przyjmuje się, że była to według naszej rachuby trzecia po południu. Pewny jest dzień tygodnia: piątek, a chrześcijański Wschód i Zachód ustalają co roku - każdy po swojemu - datę Wielkiej Nocy, więc i Wielkiego Piątku. W tym roku u wszystkich chrześcijan wypada on zgodnie dzisiaj.
Zacząłem porównywać dwa życiorysy, choć jestem świadom śmieszności takich analiz. Rok temu uczestniczyłem w nabożeństwie Drogi Krzyżowej z udziałem aktorów, uroczystym - ale przedziwnie sztucznym. Przeprowadzano na siłę tezę, że biografie Jezusa i
Jana Pawła II są do siebie bardzo podobne.
Pomysł przecież wątpliwy: Jezus umarł w największej hańbie, jako największy przegrany, a życie Papieża było - mimo zamachu - jednym wielkim zwycięstwem. A jeśli śmierć może być sukcesem, to również ją miał
Jan Paweł II wspaniałą. Oczywiście cierpiał, ale mało kto umiera bez bólu, a on umierał otoczony życzliwością całego świata. Miał wrogów, nie wszyscy, także w Polsce, byli jego entuzjastami, ale nie można kwestionować faktu, że był pierwszym w dwutysiącletniej historii
papieżem znanym na całym świecie. Przez miliony podziwianym, przez bardzo wielu kochanym, także daleko od jego Kościoła.
Niemniej na przykład o Franciszku z Asyżu ludzie poważni mówią, że ze wszystkich katolickich świętych był najbardziej podobny do Pana Jezusa, a przecież nikt go nie zamęczył na śmierć. O co tu właściwie chodzi? Może jednak życie Papieża jakoś przypomina Drogę Krzyżową?
Wśród pisarstwa
Karola Wojtyły są komentarze do 14 stacji tej Drogi, które wygłosił w 1976 r. w ramach rekolekcji dla
papieża Pawła VI i Kurii Rzymskiej. Przeczytałem je w książce pt. "Aby Chrystus się nami posługiwał", wyborze tekstów Karola Wojtyły zrobionym przez Józefę Hennelową dla Wydawnictwa Znak. Komentarz do stacji 12., przy której wspomina się śmierć Jezusa, jest taki:
„Chrystus przybity do krzyża, obezwładniony w tej straszliwej pozycji, wzywa Ojca (por. Mk 15, 34; Mt 27, 46; Łk 23, 46). Wszystkie te wezwania świadczą, że stanowi z Nim jedno. »Ja i Ojciec jedno jesteśmy « (J 10, 30); »Kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca « (J 14, 9). »Ojciec mój działa aż do tej chwili - i Ja działam « (J 5, 17).
Oto najwyższe, szczytowe działanie Syna w zjednoczeniu z Ojcem. Tak: w zjednoczeniu. W najwyższym zjednoczeniu właśnie wówczas, gdy woła: »Eli Eli lamma sabacthani - Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? « (Mk 15, 34; Mt 27, 46). Działanie to wyraża się pionem korpusu, wyprostowanego wzdłuż pionowej belki krzyża, i poziomem ramion, napiętych wzdłuż belki poprzecznej. Człowiek, który patrzy na te ramiona, może pomyśleć, że z najwyższym wysiłkiem ogarniają one człowieka i świat.
- Ogarniają!
Oto człowiek. Oto Sam Bóg: »...w Nim żyjemy, ruszamy się i jesteśmy « (Dz 17, 28). W Nim: w tych rozpiętych wzdłuż poprzecznej belki krzyża ramionach.
- Tajemnica odkupienia".
Podziwiamy talent oratorski autora, obrazowość opisu połączoną z niebywałą zwięzłością stylu, przytoczone bez łagodzącego komentarza dramatyczne wołanie Ukrzyżowanego. Czytamy o Jego potwornym wysiłku, by ogarnąć ramionami całą ludzkość.
Ogarnąć, nie zagarnąć. Ludzi zagarnia się stosując taką czy inną przemoc, ogarnia - odrzucając ją radykalnie. Taki jest sens Krzyża. Na swoją miarę czynił podobnie Jan Paweł II.
O cierpiącym Słudze Jahwe, starotestamentalnym prototypie Chrystusa, powiedziano w biblijnej Księdze Izajasza, że "nie złamie trzciny nadłamanej". W świetnej książce Janusza Poniewierskiego "Kwiatki Jana Pawła II" (też Znak) widzę Papieża jako człowieka, który tak nie lubił łamać, bał się zagarnięcia kogokolwiek jak piekielnego ognia. Bał się urazić, a gdy uraził, to przepraszał najpokorniej, swoim dowcipem rozładowywał każde napięcie i burzył każdą wyniosłość - ogarniał wszystkich swoją niebywałą dobrocią.