Paweł Smoleński - pisarz, publicysta i reporter „Gazety Wyborczej”

Tamte wybory – warto przypomnieć – miały dać rządzącym komunistom podkładkę do legalnego i parademokratycznego władania Polską, a przyniosły zgon realnego socjalizmu.

Lecz kiedy tak sobie patrzę na solidarnościowe listy wyborcze, mam wrażenie, że zebrało się nam całkiem osobliwe zgromadzenie. Andrzej Wajda i Bronisław Geremek startowali z Suwałk, za to owiani legendą przywódcy podziemia – Zbigniew Bujak, Bogdan Borusewicz i Władysław Frasyniuk – nie startowali wcale, gdyż uważali, że zadaniem opozycji jest przede wszystkim podbudowa „Solidarności”, bo czerwoni z pewnością jeszcze wytną Polakom jakiś numer, więc trzeba się gotować na najgorsze. Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny premier III RP, przestrzegał, że reprezentacja opozycji idącej do parlamentu jest politycznie zbyt wąska, a późniejszy prezydent Bronisław Komorowski uważał, że w ogóle nie należy startować w tak spreparowanej elekcji. Zresztą – nawet ci, którzy zaangażowali się w wybory z całą mocą i wszystkimi siłami, uważali, że pomysł z głosowaniem, którego datę ustalono na 4 czerwca, to chytry trik władzy kombinującej, jakim sposobem umoczyć i skompromitować „Solidarność”. Tak wspomina tamtą wiosnę np. Henryk Wujec:

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej