Maciej Janowski - historyk, zajmuje się dziejami Polski i Europy w XIX w.

Jakiś czas temu kupiłem sobie w antykwariacie niemiecki album z pierwszych lat XX w. zatytułowany „Pokój pana domu”. Rok później trafiłem gdzieś na inny album z tej samej epoki: „Mieszkanie nowoczesne”. Uwielbiam stare albumy z fotografiami wnętrz mieszkalnych, więc oglądam je raz po raz ze wzrastającą fascynacją. Siedząc w moim pokoiku do pracy (osiem metrów kwadratowych), patrzę na zdjęcia gabinetów, które musiały mieć powierzchnię chyba ze czterdziestu czy pięćdziesięciu metrów (a były i większe), z ogromnymi biurkami, kominkami, stołami, krzesłami, fotelami...

Sceneria, w której dzieje się historia

I wtedy przypominam sobie moje wielogodzinne włóczęgi po Budapeszcie, Wiedniu, Lwowie, trochę też po Pradze. Łaziłem z głową podniesioną do góry i wgapiałem się w to wszystko, czego tak niewiele jest w Warszawie. W fasady kamienic, gmachów uczelni, gimnazjów, sądów czy koszar. Patrzyłem na kariatydy i gigantów dźwigających strojne balkony, na gzymsy, pilastry, tympanony i architrawy (przy okazji nauczyłem się trochę mądrych słów z historii sztuki).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej