Premier powiedział dokładnie tak: „Bez »żołnierzy wyklętych« nie byłoby oporu społecznego, jaki miał miejsce w kolejnych latach PRL-u. Nie byłoby wielkiego ruchu »Solidarność«, dzięki któremu mamy wolną i niepodległą Polskę”.

Było wprost przeciwnie: „Solidarność” mogła powstać w dużej mierze dlatego, że ludzie, którzy ją tworzyli, nie poszli drogą „wyklętych”.

Antykomunistyczne podziemie walczyło z władzą zbrojnie, a przywódcy strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. obrali krańcowo odmienną taktykę - unikali fizycznej konfrontacji z władzą.

Ruch robotniczy to nie leśna partyzantka

Pierwszym wyrazem tego była decyzja o pozostaniu w stoczni, na co wpływ miało doświadczenie Grudnia ’70, gdy wyjście na ulicę skończyło się krwawą łaźnią.

Także w kwestii przekazu przywódcy strajku w 1980 r. tak manewrowali, by nie dać rządowi powodu do określenia ich wrogami państwa, kontrrewolucjonistami itp. Nieprzypadkowo wśród 21 postulatów zabrakło żądań politycznych, w tym najważniejszego - odzyskania pełnej niepodległości. Strajkujący zdawali sobie sprawę, że przekreśli to ich możliwości działania.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej