11 ostatnich dziesięcioleciach widać u teologów chrześcijańskich wyraźną zmianę postrzegania ludzkiej cielesności. Zdaje się budzić ona mniej podejrzeń niż dawniej. Od wieków przecież zarówno znamienici doktorzy „świętej teologii”, jak i szeregowi duszpasterze zalecali wiernym przede wszystkim troskę o duszę nieśmiertelną. Uznawali, że Jezus musiał mieć poważne powody, gdy mówił: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle (Mt 10,28). Odpowiedź na zadawane w innym miejscu przez Chrystusa (retoryczne?) pytania kościelnym doktrynalnym decydentom wydawała się zatem jasna: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, ana swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16,26).

Śmiertelne ciało w porównaniu z nieśmiertelną duszą zdawało się mieć nieskończenie niższą wartość. Wolano milczeć, że bez deprecjonowanej w ten sposób cielesności cała chrześcijańska teoria zbawienia (uczenie zwana soteriologią) nie bardzo ma sens. Jej sednem jest bowiem dogmat o ciał zmartwychwstaniu. Dusza, choć nieśmiertelna, bez ciała zbawiona (lub potępiona) być nie może. Mimo to troska o ciało nisko stała w hierarchii chrześcijańskich cnót. Wielkim „mistrzem podejrzeń” był w tym względzie św. Paweł, który w ciele (choć zastrzec uczciwie trzeba, że nie zawsze) widział źródło niecnej pożądliwości.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej