I pewnie tak by sobie maszerował, gdyby nie gołębica, którą uznał za znak z niebios. Przysiadła na buku, w miejscu tak bajecznym, iż święty postanowił tu osiąść. Wszystko mu pasowało: widoki, wzniesienia chroniące od wiatru, rzeka w dolinie. Tak około 650 r. powstało benedyktyńskie opactwo Hautvillers, zaś tutejsi mnisi zajęli się produkcją wina.

Nie był to trunek byle jaki, gdyż mnichom chciało się pracować, a miejscowy klimat sprzyjał ich trudowi. Samym winem trudno było jednak zaimponować pielgrzymom, dlatego jeden z ojczaszków pojechał do Rzymu i najzwyczajniej na świecie świsnął relikwie św. Heleny, matki cesarza Konstantyna – również świętego – monarchy, który uczynił chrześcijaństwo religią państwową Imperium. Opactwo w Hautvillers zyskało – można by rzec – atrakcję turystyczną, do której ciągnęły tłumy. Mnisi mogli pątników poić winem, znakomitym – zapewniali – lekarstwem dla duszy i ciała, antidotum na wszelkie smutki. I tak sława wina z doliny wybranej przez św. Niwarda niosła się nie tylko po Francji, ale też za jej granice. Mnisi umieli uszczknąć coś dla siebie z funduszów na wyprawy krzyżowe, a Katarzyna Medycejska ofiarowała na renowację monastyru sakiewkę złotych monet. Nikt już nie był pewien, czy do Hautvillers ściąga podróżnych św. Helena czy wino.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej