Niektórzy sądzili (tak zresztą utrzymywali jeszcze w XX w. związani z Watykanem historycy papiestwa), że młodemu biskupowi Rzymu przydarzył się zawał serca albo udar mózgu, choć jednocześnie wspominali o cokolwiek gorszących okolicznościach zgonu. Papież miał bowiem doznać ataku apopleksji w chwilach erotycznych uniesień z pewną zamężną damą. Kilku średniowiecznych kronikarzy pisało już wprost, że Ojciec Święty został zabity przez jej męża. Wskazywali co najwyżej na różne narzędzia zabójstwa: sztylet albo młotek. Po krótkim opisie mordu przytaczano komentarz, który pojawił się ponoć wśród ludu rzymskiego: „Przynajmniej zmarł w łóżku, aczkolwiek nie własnym”. W tamtych burzliwych czasach zgon w alkowie poczytywano najwyraźniej za niezwykłe szczęście.

Inna rzecz, że o jak najszybszą śmierć papieża Jana od lat modliły się ponoć dniami i nocami całe klasztory w Italii. Pamiętano, że był wnukiem Marozji – kobiety, która w pierwszych dekadach X w. trzęsła instytucją papiestwa. Była najpewniej kochanką zmarłego w 911 r. Sergiusza III. Z tego związku wedle średniowiecznych kronikarzy narodził się syn o imieniu Aleksander. Bez wątpienia Marozja chciała, by zasiadł on na papieskim tronie. Dlatego w 928 r. nakłoniła swego ówczesnego męża Gwidona z Prowansji do zabójstwa papieża Jana X (zginął uduszony poduszkami w zamku św. Anioła). W opinii rzymskich wielmożów i kleru Aleksander był jednak zbyt młody (tzn. nie ukończył jeszcze 20 lat), by wstąpić na Tron Piotrowy. Marozja umieszczała więc kolejno na papieskim stolcu figurantów: Leona VI i Stefana VII. Tego ostatniego kazała skrytobójczo uśmiercić tuż po 20. urodzinach jej syna – w 931 r. Aleksander wreszcie został papieżem jako Jan XI.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej