Anna Machcewicz - historyczka dziejów najnowszych, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN

Któż lepiej zna od podszewki polityczne uwikłanie peerelowskich sędziów niż adwokat broniący pro publico bono od końca lat 70. wszelkiej maści opozycjonistów. Spytałam więc gdańskiego adwokata Jacka Taylora: „Jak działał ten system?”. Odpowiedź była dosadna: „To był styl brutalny, po prostu chamskie traktowanie młodych sędziów już na wejściu. Sędziowie byli generalnie w niewygodnej sytuacji, bo byli nieustannie oceniani przez wszechwładnego prezesa sądu. A skąd się brał prezes sądu? O wszystkim decydował wówczas minister sprawiedliwości.

Rada Państwa powoływała sędziów, ale faktycznie tylko takich, którzy byli wskazywani przez ministra.

On też decydował, kto zostanie prezesem. Oczywiście po uzgodnieniu z decydentami na stosownym szczeblu partyjnym. Miarą uległości był też stopień upartyjnienia sędziów, a w Gdańsku był wysoki, z całą pewnością sięgał jednej trzeciej stanu sędziowskiego. Znane były przypadki ludzi, którzy nie należeli do PZPR i nie awansowali, choć powinni. A każdy chciałby awansować, to normalne, z tym też się łączy wysokość zarobków. To »posłuszeństwo« przy awansach było wyraźne. Gdy w 1968 r. sądzono aresztowanych za udział w manifestacjach, wezwano sędziów według pewnego klucza. Wcale nie było ich tak wielu, wtedy wystarczyło około ośmiu osób. W każdym razie prezes sądu dobrze wiedział, na kogo może liczyć”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej