Anna Machcewicz - historyczka dziejów najnowszych, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN

Oznaczało to, że rząd zdecydował o ukrytych podwyżkach cen tego deficytowego dobra, bo lepsze artykuły stały się dostępne jedynie w droższych sklepach.

Dostępność mięsa i jego cena były wtedy papierkiem lakmusowym stanu gospodarki. Wzrosły ceny w stołówkach i w przyzakładowych sklepach, gdzie zaopatrywała się część robotniczych rodzin. Ich lęk wzbudziły też zagmatwane tabele płac, jakie od 1 lipca zaproponowano robotnikom niektórych branż.

Te posunięcia przełamały tamę społecznej wytrzymałości.

Na początku lipca stanęły pierwsze duże zakłady, w tym Mielec. Tu, w fabryce sprzętu komunikacyjnego, strajk wywołała informacja o wprowadzeniu niejasnej tabeli płac.

Pracownicy narzekali też na złe warunki socjalne i brak środków czystości. Strajk wygasł po obietnicy dyrekcji podniesienia premii i zmiany grup zaszeregowania. Mielecki protest trwał pięć dni, ale każdy z wydziałów spisywał własne postulaty i wysyłał na negocjacje z kierownictwem swoich przedstawicieli. Ten sam mechanizm krótkotrwałych protestów podejmowanych na ogół przez część załogi i wygaszanych wraz z decyzją władz o przyznaniu w różnej formie podwyżki płac powtarzał się w kolejnych zakładach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej