Sama padłam ofiarą tej mody, odwiedzając Wittenbergę – miasto Lutra pięknie odnowione na 500-lecie reformacji. To tu słynny augustianin ogłosił w 1517 r. swoje 95 tez dotyczących reform Kościoła katolickiego i chciał rozpocząć debatę uniwersytecką na ich temat. Tradycja głosi, że przybił tezy na drzwiach kościoła zamkowego, ale w rzeczywistości wcale nie wiadomo, czy rzeczywiście się tam znalazły, a jeśli tak, to Luter raczej na pewno nie zrobił tego osobiście. Słynne drzwi się nie zachowały z powodu pożaru. W XIX w. wstawiono nowe, wykonane z brązu, i wtedy wyryto na nich tezy.

Kilka fragmentów Luter poświęcił sprzedaży odpustów, a raczej nieroztropnym kaznodziejom, którzy wmawiają ludziom, że zbawienie można kupić. Nie wymienił żadnych nazwisk, ale współcześni mu wiedzieli, że chodzi głównie o znanego kaznodzieję, dominikanina Jana Tetzela, który nauczał w okolicy i przy okazji sprzedawał odpusty. I tak znalazłam się w oddalonym o 30 kilometrów od matecznika Lutra Jüterbogu – w przeciwieństwie do Wittenbergi sennym i opustoszałym, za to bogatym w zabytki sięgające wczesnego średniowiecza oraz nierozłącznie związanym z reformacją. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że reformacja narodziła się gdzieś na szlaku między tymi dwoma miastami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej