Radują mnie prostolinijni (prostaccy?) mądrale opowiadający o historii. Ważne to o tyle, że naród bez pamięci jest połową narodu. Lecz naród z pamięcią, którą trzeba wymyślić na potrzeby doraźnej politycznej popularności, co dzieje się w przypadku np. nowelizacji ustawy o IPN, błaźni się niewiarygodnie, choć to nie naród, ale jego urzędnicy, opłaceni z podatków, wystawiają narodowi świadectwo bezmyślności.

Był w carskiej armii pewien Ukrainiec. Nazywał się Marko Bezruczko. Chciał być nauczycielem, ale poszedł do wojska. Ukończył szkołę piechoty, dali mu stopień średniego oficera, a potem posłali do Imperatorskiej Mikołajewskiej Akademii Wojskowej w Petersburgu, a lepszej podówczas szkoły wojskowej w Rosji nie było. Pamiętajmy też, że naród, z którego wywodził się Bezruczko, rosyjscy ówcześni imperialiści traktowali jak głupszych braci w łapciach. A on się uczył. Podczas I wojny światowej bił się z Niemcami na stanowisku szefa sztabu dywizji. Potem już było wiadomo, przynajmniej z naszego, polskiego punktu widzenia, że generał sroce spod ogona nie wyskoczył.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej