To opowieść jak zdarta płyta, kręci się w kółko ciągle z tym samym zgrzytem, niezależnie od tego, czy mówi o Kongu, Zimbabwe, Nigerii, czy o Gwinei. Zwyczajowo zaczyna się od słów o wielkim, wspaniałym marzeniu objawiającym się słusznym gniewem. Potem następuje pozornie beznadziejna, choć sprawiedliwa rebelia, uliczne starcia i przelew krwi, a jeszcze później nadchodzi wielki triumf objawiający się wielotysięcznymi wiecami i marszami. Oto kończy się definitywnie żywot niewolników, a za progiem wyczekiwanej niepodległości czeka świetlana przyszłość.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej