O Józefie Decu, dozorcy domu przy ul. Brzozowej 2/4, wiadomo niewiele. Pewne jest tylko, że służył w Legionach w stopniu sierżanta i według Zofii Florczak, mieszkanki kamienicy, na co dzień był raczej pochmurny, ponury. Szczupły, średniego wzrostu, o czarniawej twarzy, spoglądał nie wprost w oczy, tylko jakoś spode łba, obowiązki swoje wypełniał wzorowo.

Gdy 1 sierpnia 1944 r. padły pierwsze strzały, przejął dowodzenie w domu. Założył mundur, na głowę kask strażacki, do niego przypiął biało-czerwoną kokardę, a do pasa – toporek. Tak ubrany pilnował porządku w schronach, sprzątał gruz, gasił pożary na strychu, dbał o oddział powstańczy kwaterujący w kamienicy. Nie dojadał, mało spał. I zawsze o świcie, gdy na krótko milkły strzały, zamiatał podwórze, a o zmierzchu sam sprawdzał doskonałość zaciemnienia okien.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej