O godzinie 1.20 w nocy w sobotę 28 czerwca 1969 r. dwóch umundurowanych funkcjonariuszy i sześciu oficerów obyczajówki w cywilu pod dowództwem inspektora Seymoura Pine’a staje u drzwi klubu Stonewall Inn przy Christopher Street w manhattańskiej dzielnicy Greenwich Village. W środku wmieszana w pijany, roztańczony tłum jest też czwórka tajniaków – dwie kobiety i dwóch mężczyzn.

Pine wali pięścią w podwójne żelazne drzwi, wrzeszcząc: – Policja, otwierać! Przejmujemy interes!

Pisarz Vito Russo tak opisywał ówczesny Stonewall: Najgorętsze piekło. Najgłębsza nora. Najpopularniejszy klub taneczny w dzielnicy. Bar dla tych wszystkich zbyt młodych, zbyt biednych i zbyt niedostosowanych, którzy nie mieli wstępu nigdzie indziej.

Miejsce, które wszyscy kochali nienawidzić. Obskurne, głośne, oczywiste, niebiańskie.

Za barem nie ma bieżącej wody, stoi jedynie gumowa wanna pełna brudnej jak z rynsztoka brei, w której barmani przepłukują szklanki przed następnym użyciem. Alkohol jest rozwadniany. Nie ma wyjść przeciwpożarowych. W podwójnych drzwiach jest wizjer, wchodzą tylko klienci, których bramkarze znają albo uznają za stosownie się prezentujących.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej