Stacy Schiff, "Czarownice. Salem, 1692", tłum. Jan Dzierzgowski, Wydawnictwo Marginesy

Mieszkańcy Nowej Anglii wierzyli, że miejscowe czarownice umiały odgadnąć treść zapieczętowanego listu, wyjątkowo zręcznie przędły len, robiły znakomity ser i umiały wywęszyć figi w czyjejś kieszeni. Tolerowali to, że czasem topiły woły i kazały krowom podskakiwać. Ciskały jabłkami i krzesłami, a nawet gnojem. Wiedźmy były częścią ich świata. Ale gdy w 1692 r. zaatakowały mieszkańców osady Salem, wypowiedzieli im wojnę.

W ciągu kilku miesięcy w Prowincji Zatoki Massachusetts sędziowie skazali na śmierć 14 kobiet i pięciu mężczyzn oskarżonych o czary. Podczas procesów uwięziono ponad 150 osób. Kilka zmarło, nie doczekawszy rozprawy.

Wszystko zaczęło się pod koniec stycznia w domu pastora Samuela Parrisa. Jego siostrzenica i córka, jedenasto- i dziewięciolatka, zaczęły się nagle skarżyć na dziwne kłucie, jakby gryźli je i szczypali „niewidzialni sprawcy”. Na zmianę wrzeszczały i odbierało im mowę, nie chciały się modlić. W purytańskiej rodzinie nastolatki miały obowiązek nie tylko czytać Biblię, ale opiekować się trzodą, uprawiać ogród, pilnować paleniska, wypiekać chleb, robić świece, tkać i haftować. Tymczasem choroba nie tylko zwalniała z pracy, ale i powodowała większą troskę surowych na co dzień rodziców. W Medyk szybko uznał, że zadziałała „zła ręka”. Sąsiadka Parrisa miała sposób na ujawnienie czarownicy - kazała upiec podpłomyk z mąki i moczu dziewczynek. I choć pastor na wieść o tym wpadł w szał i kazał za wszystko publicznie przeprosić, to kilka dni później dziewczynki podały nazwiska trzech czarownic z Salem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej