Europa miała wtedy co innego na głowie – Wielki Głód w Irlandii i Wiosnę Ludów. O tragedii mieszkańców znajdującego się na peryferiach Prus Górnego Śląska długo nikt nie wiedział nawet w Berlinie.

Już od 1845 r. letnie chłody i ulewy doprowadzały do nieurodzajów, bo zboże i ziemniaki gniły na polach. Ludzie głodowali, żywili się korzonkami, perzem, a nawet korą. Kolejny cios zadała im epidemia tyfusu.

Władze ograniczyły się do wysłania mąki i soli. W powiecie rybnickim wydawano dziennie po jednym funcie mąki na osobę, w pszczyńskim – półtora. Z winy biurokratycznych procedur pomoc do wielu miejsc docierała za późno. Na swoje nieszczęście mieszkańcy Górnego Śląska nie są Niemcami, lecz po polsku mówiącymi chłopami – tłumaczyła opieszałość władz wrocławska „Schlesische Zeitung”.

Zagłada rasy znikczemniałej

Zimą z 1847 na 1848 r. król Fryderyk Wilhelm IV posłał na Śląsk swego adiutanta, hr. Stolberga-Wernigerodego, by zaznajomił się z sytuacją. Ludności górnośląskiej mało co można pomóc, bo to jest rasa znikczemniała, która zbliża się do wymarcia – raportował królewski wysłannik.

Pozosta這 83% tekstu
Artyku dost瘼ny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypr鏏uj cyfrow Wyborcz

Nieograniczony dost瘼 do serwis闚 informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazyn闚 Wyborczej