Białystok, druga połowa lat 70. Co pewien czas Jarosław Kaczyński nocuje w sobotę w uczelnianym hotelu. Prowadzi zajęcia z zaocznymi studentami prawa. Po ośmiu godzinach wykładów, podczas których zaciąga się mentolowymi papierosami, idzie na kolację z kolegami i koleżankami z wydziału. Zwykle popijają ją herbatą, czasem czymś mocnym.

Z akademika naprzeciwko często słychać muzykę i młody asystent z Warszawy nie może zmrużyć oka. W takich chwilach zastanawia się, czy rola Placka w „O dwóch takich, co ukradli księżyc” nie była punktem kulminacyjnym jego życia: Nawet jeżeli zrobię karierę naukową i dojdę do profesury, to co więcej? Nie przeżyję już takiej chwili sławy*.

Na kolejną rzeczywiście musiał czekać długo, aż do 1989 r.

Jarosław Kaczyński. Być jak Adenauer

Początek wiosny nie zapowiadał, że nadchodzące miesiące przyniosą Kaczyńskiemu nie tylko sławę, ale również pieniądze i miejsce wśród ojców założycieli III RP. Miałem czterdzieści lat, byłem bez pracy, bez perspektyw – wspominał.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej