Tego dnia panowały niepewność, napięcie i nadzieja, zwłaszcza w środowiskach „Solidarności”. W PZPR nastroje były lepsze, w części aparatu partyjnego niemal triumfalistyczne.

Wolne wybory obejmowały 35 proc. mandatów w Sejmie i cały Senat. Większość – 65 proc. – mieli otrzymać kandydaci z PZPR i satelickich partii: SD i ZSL, a także z katolickich organizacji lojalnych wobec władzy.

Kilka dni przed głosowaniem Andrzej Łapicki, kandydat „Solidarności” do Senatu, spytał mnie, ile zdobędziemy głosów. Odpowiedziałem chojracko, ale bez wielkiej wiary, że z naszej puli zdobędziemy jakieś dwie trzecie mandatów. Łapicki skomentował: „Aż tyle? Co pan opowiada? A pana ojciec był taki mądry”.

Mimo takich obaw „Solidarność” wzięła 99 na 100 miejsc w Senacie i całą możliwą pulę w Sejmie. W dodatku przepadła flagowa lista krajowa (obejmująca 10 proc. miejsc) skupiająca czołowych polityków władzy, spośród których mandaty zdobyło tylko dwóch kandydatów z początku i końca listy – efekt niedokładnego skreślania całości.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej