No i zawołał mnie. Do tej pory pamiętam. „Chodź, zobacz, coś się stało”. Ja zaniepokojony biegnę. „Co się dzieje?”. A on stoi ze spuszczonymi spodniami. I mówi: „Zobacz, nie chce mi opaść. Co mam zrobić?”. I ma penisa sterczącego na wierzchu. Śmierdzącego. No i ściągnął mi też spodnie. Powiedział, że dopóki nie ma wytrysku, to nie ma grzechu. Kazał mi wziąć do ręki swojego penisa. On mojego. I uklęknął jeszcze przede mną i wziął mojego penisa do swojej... gęby - to słowa jednej z ofiar ks.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej