Księżna Virgilia Peterson-Sapieha połyka fiolkę tabletek nasennych i siada na łóżku z kartką i czerwonym ołówkiem w ręce. Chce jeszcze dokonać paru poprawek w tekście; to będzie jej ostatnie słowo. Zanim straci świadomość, postanawia jeszcze zadzwonić do kochanka. „Musiałam to zrobić” – mówi, a ten zawiadamia męża i obaj, pokonując nowojorskie korki, przybywają na ratunek.

Dziesięć lat później, w 1960 r., Virgilia opisze ten moment – najpewniej wołania o pomoc 46-letniej kobiety, niekochanej przez matkę i męża, uwikłanej w romans, wiecznie bez pieniędzy, zagubionej, niezrealizowanej – w autobiografii. – Nie dbam już o to, czy ludzie mnie zrozumieją – wyzna.

Ale czy ona rozumie samą siebie? Nadal zmaga się z życiem. Pracuje jako krytyk literacki, prowadzi popularny program radiowy, wydała kilka książek. I wciąż czeka na tę najlepszą. Nie wie wówczas, że już ją stworzyła.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej