Bratanek ostatniego władcy Rzeczypospolitej Stanisława Augusta Poniatowskiego długo uchodził za hulakę i bawidamka, którego nie obchodzą losy zniewolonej ojczyzny. Brano go zresztą bardziej za Austriaka niż Polaka, gdyż około 10 lat służył w armii cesarzowej Marii Teresy, a potem jej następcy Józefa II, więc przelewał krew za jednego z zaborców. Jednak książę nie tylko z powodu służby w armii austriackiej zapracował sobie na fatalną opinię.

Po powrocie do kraju (...) stał się jednym z pierwszych, jako synowiec królewski zajął miejsce tuż obok tronu – napisał Stanisław Szenic w książce „Większy niż król ten książę”. Mając 26 lat, został generałem majorem i dowódcą jednej z czterech dywizji w armii koronnej. Jednak bardziej od wojska zajmowały go bale, hulanki i kobiety. Julian Bartoszewicz, cytowany przez Jerzego Skowronka w biografii Poniatowskiego, napisał o nim wiele mówiące zdanie: Nie było też nad niego większego próżniaka w całej Koronie i Litwie, nie było człowieka więcej oddanego uciechom na łonie kobiet.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej