Patrzyłam na niego z przerażeniem, gdyż służył w żandarmerii Pierwszej Brygady, a nadto o nim i o malarzu Zygmuncie Gumowskim mówiono, że byli „żandarmami wieszającymi" – zapisała w „Dziennikach” Maria Dąbrowska, wspominając spotkanie w 1916 r. z Wacławem Kostkiem-Biernackim. Jako szef żandarmerii I Brygady Legionów po wkroczeniu do Kongresówki zasłynął z wieszania cywili. Choć rzecz dotyczyła głównie podejrzanych o szpiegowanie dla Rosji, to legioniści nie akceptowali takiego okrucieństwa, ostentacyjnie gardząc katem. Jedynie komendant Piłsudski cenił Kostka-Biernackiego za oddanie oraz gotowość do wykonania każdego rozkazu.

Poza tym zawsze brał on odpowiedzialność na siebie, nigdy nie zasłaniał się Piłsudskim. Nie inaczej się działo po aresztowaniu jesienią 1930 r. liderów Centrolewu. Osadzono ich w twierdzy brzeskiej, której komendantem został z nadania Marszałka pułkownik Kostek-Biernacki. Jego podwładni regularnie bili i poniżali przywódców opozycji. „Kostka” spotkał wówczas bojkot towarzyski. Inni oficerowie przestali mu nawet podawać rękę. Kiedy w listopadzie 1930 r. powrócił z Brześcia na poprzednie stanowisko dowódcy 38. Pułku Piechoty w Przemyślu, tamtejsze elity zachowały się podobnie. Ostracyzm dotknął całą rodzinę „Kostka”. Małżonki oficerów demonstracyjnie rezygnowały z członkostwa w organizacji Rodzina Wojskowa, ponieważ wstąpiła do niej żona dowódcy pułku Anna Biernacka.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej